Forum PercyJackson.fora.pl Strona Główna
 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy    Galerie   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 

[NZ] Upadły heros [+16]
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum PercyJackson.fora.pl Strona Główna -> Fan Fiction
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Chris
Aresowa skarpeta
Aresowa skarpeta



Dołączył: 01 Kwi 2012
Posty: 14
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Percy

PostWysłany: Wto 17:53, 22 Sty 2013    Temat postu: [NZ] Upadły heros [+16]

Na sam początek kilka słów ode mnie.
W tej chwili robię coś, czego nigdy nie zamierzałem robić. Jest to sytuacja równie zaskakująca dla niektórych z was, jak i dla mnie. Uznałem jednak, że mogę coś takiego zrobić, a nawet chcę i dlatego w tym dziale pojawi się mój post.
O co mi chodzi? Mam ochotę pisać. Pisać regularnie, osobiście kierować akcją, stworzyć coś naprawdę epickiego. Ale żadna w tym przyjemność, jeśli będę pisał tylko dla samego siebie. To jest dla mnie bez sensu. Nigdy czegoś takiego nie robiłem. Wszystkie dłuższe teksty pisałem po to, żeby wstawić je na jednym z wielu forów, na których byłem lub wciąż jestem zarejestrowany. Po to, żeby inni mogli je przeczytać i wynieść z tego choć odrobinę radości.
Co w związku z tym? Publikuję fragment. Przerażająco krótki. Taki wstęp do wstępu, że tak powiem. A was proszę o ocenę. I nie chodzi mi o krytykę mojego stylu, wytykaniu błędów itp. Chciałbym dowiedzieć się, czy jest na tym forum ktoś, kto chciałby czytać moje wypociny.

Ok, tyle ględzenia. Póki co zapraszam do czytania



***
Przeżyłem dziewięć lat, będąc nieświadomym swojego prawdziwego pochodzenia. Jednak jego poznanie wydawało się jeszcze gorsze. Moim ojcem okazał się grecki bóg, najgorszy z całej dwunastki olimpijskiej. Przybyłem do Obozu Herosów po to, żeby odnaleźć schronienie i poznać sztukę przetrwania w świecie, który okazuje się niezwykle niebezpieczny dla półboga. Uczestniczyłem w wielkich wyprawach, dzięki którym zyskałem sławę i szacunek wśród innych półbogów. Jednak niewiele osób wie, co wydarzyło się moim powrocie do obozu i reszcie mojego życia. Spisuję te słowa, żeby przyjaciele poznali moje losy i przeszkody, z jakimi się spotkałem. Wszystko po to, żeby zachować w pamięci moje imię.
Nazywam się Christopher Valley. Jestem synem Aresa, a oto moja historia:




Nad skromnym nagrobkiem mieszczącym się na symbolicznym, obozowym cmentarzyku pochylał się chłopak, na oko siedemnastoletni. Ubrany w spodnie moro i luźny T-shirt, ostrzyżony na krótko przypominał przeciętnego, nowojorskiego nastolatka. W rzeczywistości jednak całkowicie odbiegał od normalności. Jego ojcem był grecki bóg, co czyniło z niego herosa, szkolił się w sztukach walki bronią i wręcz, nauczył się, jak przetrwać w najtrudniejszych warunkach, kilka razy otarł się o śmierć i udaremnił wybuch kolejnej wojny między herosami, uśmiercając potomka najważniejszego z bogów, Zeusa, i tytanidy Rei. Okrył się chwałą na trzech misjach, zdobył wiernych przyjaciół, zyskał miłość. I ją stracił.

Nagrobek ozdobiony był niewielką, lecz kunsztownie wyrzeźbioną sówką. Symbolem Ateny, bogini mądrości. Chłopak odwiedził ten grób po raz pierwszy od roku, kiedy to razem z innymi obozowiczami pochował poległych z winy Rezusa. Diana, córka Ateny, była tylko jedną z wielu ofiar tej krótkiej, lecz krwawej wojny. Dla niego była kimś więcej, choć nie zawsze zdawał sobie z tego sprawę. Dopiero, gdy ją utracił, zrozumiał, ile dla niego znaczyła ta dziewczyna.

Jednocześnie odczuwał wiele innych uczuć. Pokonanie Rezusa nie przyniosło mu satysfakcji. Chciał więcej. Wyczerpujące treningi nie stanowiły wystarczającego zamiennika. Potrzebował przeciwników z krwi i kości. Chciał zabijać potwory, odsyłać je z powrotem do czeluści Tartaru. Zdawał sobie sprawę, że balansuje na granicy między chęcią a uzależnieniem. Przekroczył ją niedługo później. Pod koniec tamtego lata spakował się i odszedł z obozu. Sam, nie informując nikogo, nie zwierzając się ze swoich zamiarów. Chciał jedynie wyjść na świat po to, żeby codziennie mierzyć się z jego problemami. Uzbrojony w dwa łańcuchy, które mogły zmienić się w każdą istniejącą broń białą, o ile potrafił znaleźć sposób, jak to zrobić, udał się na dobrowolne wygnanie z obozu.
***




Ok, stało się. Ujawniłem swoje plany. Teraz wiecie, co mam ochotę robić w wolnym czasie.

Na chwilę obecną wstawiam tylko ten niewielki fragment, choć przygotowanego tekstu mam troszkę więcej. Nie jestem jeszcze pewien, czy to jest wersja ostateczna, być może dokonam jeszcze pewnym poprawek tu i ówdzie, ale nie to jest teraz ważne.

Póki co liczy się dla mnie wasza opinia. Kontynuować to zapowiadające się na wiekopomne arcydzieło opowiadanie czy od razu skasować dokument z tekstem? Oczekuję naprawdę rzetelnych wypowiedzi. Opinie typu: "Stary, to jest zarąbiste. Pisz dalej!" nie mają dla mnie żadnego znaczenia.
Tym optymistycznym fragmentem kończę swoją nudną wypowiedź.

Mam nadzieję, że dacie mi powód, żebym coś jeszcze tu napisał.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Chris dnia Śro 17:50, 21 Sie 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Mosqua
Boy z hotelu Lotos
Boy z hotelu Lotos



Dołączył: 12 Kwi 2012
Posty: 330
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 15 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Annabeth

PostWysłany: Wto 18:10, 22 Sty 2013    Temat postu:

Zastanawiam się, czy ktoś tutaj w ogóle czyta te ograniczenia wieku, a co za tym idzie, je przestrzega. Wydaje mi się, że nie.
Nie oceniać stylu, nie wytykać błędów... W porządku. I tak nie mam za wiele do powiedzenia jeśli chodzi o błędy. Styl też w porządku jak da mnie, więc zamykam się już na temat tej dwójki.
Nie powiem, że mnie zaintrygowałeś, albo chociaż zainteresowałeś, bo szczerze tak nie było. O ile nie mam ci nic do zarzucenia względem tekstu samego w sobie, to jak sam powiedziałeś, jest to wstęp do wstępu. Nie jestem w stanie ci powiedzieć czy jest to "zapowiadające się na wiekopomne arcydzieło opowiadanie" czy jedno z wielu, które zajmują miejsce na pamięci komputera.
Może za rozdział lub dwa.
Na razie mam ci do powiedzenia tyle : pisz. A co będzie dalej, to zobaczymy.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Raphael
Kryzys Tantala
Kryzys Tantala



Dołączył: 05 Wrz 2012
Posty: 567
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 7 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Percy

PostWysłany: Wto 18:15, 22 Sty 2013    Temat postu:

Ok! Słowo Arcydzieło Ciebie w żadnym wypadku nie zadowoli. Wiem, bo sam wiele razy mówiłeś, że wolisz długie i rzetelne opinie.

Tak, więc jak mniemam jest to kontynuacja alternatywnej wersji Rezus Rozrabia? Dobrze rozumuję?

Opis prosty, bez wymuszonych porównań i epitetów, ale napisany z emocjami. Najbardziej podoba mi się... przemowa Chrisa? Pewnie zapytasz się mnie dlaczego? Ale ja sam tego nie wiem. Po prostu lubię takie wstępy, gdy bohater streszcza swe życie.

Muszę Ci powiedzieć, że mnie bardzo zaciekawiłeś. Coś czuję, że to nie będzie typowe opowiadanie jak większość tu wstawia.

Cóż tu więcej powiedzieć. Błędów nie zauważyłem. Po prostu powiem tak: Zaciekawiłeś mnie i bardzo bym chciał poznać dalsze dzieje syna Aresa.

I coś jeszcze: Twoim nowym powołaniem jest pisanie fanficków? Czy inaczej mam określić to opowiadanie? Czy jak to tam chcesz nazywać.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Raphael dnia Wto 18:18, 22 Sty 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Chris
Aresowa skarpeta
Aresowa skarpeta



Dołączył: 01 Kwi 2012
Posty: 14
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Percy

PostWysłany: Śro 17:20, 30 Sty 2013    Temat postu:

Jak już wspominałem na CB, zdecydowałem się kontynuować pisanie. Dzisiaj udało mi się ukończyć wstęp do całości. A przynajmniej tak mi się wydaje. Być może fragment nie jest najwyższej jakości, co musicie mi wybaczyć. Zbyt długo nie pisałem niczego ambitnego i po prostu muszę się w to wkręcić. Mam nadzieję, że następne fragmenty będą ociekały epickością. A teraz zapraszam do czytania. Długość może nie powala na kolana, ale zawarłem w tym fragmencie wszystko, co chciałem. Nie widziałem sensu w sztucznym przedłużaniu.




Prolog: Upadły heros



Przeżyłem dziewięć lat, będąc nieświadomym swojego prawdziwego pochodzenia. Jednak jego poznanie wydawało się jeszcze gorsze. Moim ojcem okazał się grecki bóg, najgorszy z całej dwunastki olimpijskiej. Przybyłem do Obozu Herosów po to, żeby odnaleźć schronienie i poznać sztukę przetrwania w świecie, który okazuje się niezwykle niebezpieczny dla półboga. Uczestniczyłem w wielkich wyprawach, dzięki którym zyskałem sławę i szacunek wśród innych półbogów. Jednak niewiele osób wie, co wydarzyło się moim powrocie do obozu i reszcie mojego życia. Spisuję te słowa, żeby przyjaciele poznali moje losy i przeszkody, z jakimi się spotkałem. Wszystko po to, żeby zachować w pamięci moje imię.
Nazywam się Christopher Valley. Jestem synem Aresa, a oto moja historia:



Nad skromnym nagrobkiem mieszczącym się na symbolicznym, obozowym cmentarzyku pochylał się chłopak, na oko siedemnastoletni. Ubrany w spodnie moro i luźny T-shirt, ostrzyżony na krótko przypominał przeciętnego, nowojorskiego nastolatka. W rzeczywistości jednak całkowicie odbiegał od normalności. Jego ojcem był grecki bóg wojny - Ares, szkolił się w sztukach walki bronią i wręcz, nauczył się, jak przetrwać w najtrudniejszych warunkach, kilka razy otarł się o śmierć i udaremnił wybuch kolejnej wojny między herosami, uśmiercając potomka najważniejszego z bogów, Zeusa, i tytanidy Rei. Okrył się chwałą na trzech misjach, zdobył wiernych przyjaciół, zyskał miłość. I ją stracił. Takich jak on nazywano herosami.
Nagrobek ozdobiony był niewielką, lecz kunsztownie wyrzeźbioną sówką. Symbolem Ateny, bogini mądrości. Chłopak odwiedził ten grób po raz pierwszy od roku, kiedy to razem z innymi obozowiczami pochował poległych z winy Rezusa. Diana, córka Ateny, była tylko jedną z wielu ofiar tej krótkiej, lecz krwawej wojny. Dla niego była kimś więcej, choć nie zawsze zdawał sobie z tego sprawę. Dopiero, gdy ją utracił, zrozumiał, ile dla niego znaczyła ta dziewczyna. Musiała umrzeć, by on mógł odkryć uczucie, jakim ją darzył.
Jednocześnie odczuwał wiele innych emocji. Pokonanie Rezusa nie przyniosło mu satysfakcji. Chciał więcej. Spędzał godziny na arenie, jednak nawet wyczerpujące treningi nie stanowiły wystarczającego zamiennika. Potrzebował przeciwników z krwi i kości. Kogoś, kto odpowie na jego cios. Chciał zabijać potwory, odsyłać je z powrotem do czeluści Tartaru. Zdawał sobie sprawę, że balansuje na granicy między chęcią a uzależnieniem. Przekroczył ją niedługo później. Pod koniec tamtego lata spakował się i odszedł z obozu. Sam, nie informując nikogo, nie zwierzając się ze swoich zamiarów. Chciał jedynie wyjść na świat po to, żeby codziennie mierzyć się z jego problemami. Uzbrojony w dwa łańcuchy, które mogły zmienić się w każdą istniejącą broń białą, o ile potrafił znaleźć sposób, jak to zrobić, udał się na dobrowolne wygnanie z obozu.
Ból po stracie ukochanej dziewczyny oraz żądza zabijania zmieniły chłopaka. Stał się jeszcze bardziej mroczny, jeszcze bardziej nieprzewidywalny. Sposób, w jaki zabijał potwory, napawał je strachem tak silnym, że po pewnym czasie atakowały go tylko najpotężniejsze z nich. A on wykorzystał to na własną korzyść, doskonaląc swoje i tak już wybitne umiejętności bojowe. Stał się maszyną do zabijania, ociekającym krwią i pyłem szaleńcem. Kiedy raz przypadkiem zabił człowieka, stał się gorszy niż potwory. One przynajmniej nie dopadały swoich.
Szukano go. Wiele razy natrafiał na małe grupki satyrów wysłane tylko po to, żeby go znaleźć i odesłać do obozu. Nie dlatego, że się o niego martwili. Nie chcieli, żeby ktoś taki jak on beztrosko biegał po Ameryce i zabijał setki potworów, narażając się na wykrycie przez zwykłych śmiertelników. Mgła była potężna, jednak nie niezawodna. Lecz on sprawnie im umykał. Kiedy musiał, krył się. Odnajdywał świetnie przystosowane kryjówki, które zmieniał przynajmniej dwa razy w miesiącu. Było to męczące, jednak kolejne utrudnienie było dla niego jedynie kolejnym sprawdzianem swoich umiejętności.
W ciągu roku zmienił się nie tylko jego charakter, ale i wygląd. Rysy jego twarzy nabrały surowości. W oczach nieustannie biła żądza mordu. Prawe oko przecinała długa, pionowa blizna. Setki innych szram zdobiły resztę jego ciała. Rezultat niezliczonych pojedynków, często z przeważającymi siłami wroga. Bez zmian pozostał tylko uśmiech. Ten sam, szelmowski, który nadawał mu łobuzerskiego wyrazu. Tylko ta jedna rzecz stanowiła pamiątkę po tym, jaki był wcześniej. Jednak pojawiał się on coraz rzadziej. Zabijanie potworów już dawno przestało sprawiać mu radość, a stało się czynnikiem warunkującym jego wypaczoną egzystencję. Regularnie musiał przelewać krew potworów, by nie pogrążyć się w otchłani mrocznego głodu i uzależnienia. Umysł, niegdyś niezawodny, teraz poddawał się w walce z uzależnieniem. Uzależnieniem od krwi.
Żeby przeżyć, musiał też jeść, pić, ubierać się, opatrywać rany. Kradł, ile zdołał, ale nie wychodziło mu to najlepiej. Pieniądze zdobywał w inny, jeszcze gorszy sposób. Grabił zwłoki. Zabijał mitologiczne stwory, które w wielu dziedzinach życia przypominały ludzi. Mieszkały w domach, pracowały, zarabiały pieniądze. Jednak chłopak potrafił wyczuć ich prawdziwą naturę. Wiedział, że nie należały do tego świata. Zabijał je z zimną krwią, a później zabierał ich pieniądze i kosztowności. Tym samym upadł tak nisko, jak to tylko możliwe. Zaczął wyżej cenić wartości materialne niż życie innych.
Do obozu powrócił z tęsknoty. Po roku spędzonym w samotności potrzebował czyjegoś wsparcia. Lecz nikt z żywych nie potrafiłby wypełnić dręczącej go pustki. Poza tym nie miał najmniejszej ochoty pokazywać się obozowiczom, dawnym przyjaciołom, Chejronowi. Przybył na cmentarz pod osłoną nocy, nie alarmując nikogo o swojej obecności. Znał kilka sekretów obozu i teraz sprawnie je wykorzystał dla własnych korzyści.
Wpatrywał się w nagrobek ze smutną obojętnością w oczach. Był głupi, gdy uznał, że ta wyprawa mu pomoże. Zmarli nie potrafili pocieszać żywych. Wręcz przeciwnie, tylko ich pognębiali. Przygnieciony ciężarem beznadziejności ludzkiego życia opadł na kolana. Pustym wzrokiem wgapiał się w litery wyryte na kamieniu „Poległa z mieczem w dłoni, broniąc honoru Obozu i swojego”. Na co komu honor, skoro przez niego traci życie? Chłopak już dawno porzucił dawną dumę i walkę o dobre imię. Widział wielu poległych w imię honoru i uznał, że nie przynosi on niczego dobrego. Nie lepiej uciec i ocalić życie? Co on by zrobił w takiej sytuacji? Walczyłby. Walczyłby do końca, ale nie dlatego, że nie chciał zostać nazwany tchórzem. Walczyłby, żeby zabić jak najwięcej potworów. Jego życie nie miało dla niego znaczenia, równie dobrze mógł gnić w czeluściach Tartaru. Przelał tyle krwi, że spokojnie mógł uznać, że tam było jego miejsce.
Po jego policzku pociekła pojedyncza łza. Otarł ją, dziwiąc się, że jest zdolny do takich emocji. Po niej nadeszła kolejna. I jeszcze jedna. Po chwili otwarcie, lecz bezgłośnie ronił łzy, nie przejmując się, że ktoś może go zobaczyć.
– Jak mam żyć dalej, skoro nie widzę w tym sensu? – Pytanie rozległo się echem po polanie. Odpowiedź nie nadeszła. -Nie jestem nikomu potrzebny, żyję z dnia na dzień, przejmując się jedynie powiększającą się liczbą potworów, które zabiłem. Lepiej dla mnie byłoby umrzeć tutaj, obok ciebie i odszukać cię w Hadesie. Wybiłbym wszystkie zastępy Podziemia, gdybym musiał, żeby cię odzyskać. – Chłopak sięgnął po łańcuch, który sekundę później zamienił się w spiżowy, lekko zakrzywiony miecz. Na tyle ostry, by przeciął rzuconą na niego nitkę.
Seppuku. Tak w Japonii nazywali honorowe samobójstwo. Kiedyś lubił takie tradycje. Ponad wszystko cenił sobie sztukę miecza i wszystkie związanie z nią konwenanse. Znał wiele rytuałów związanych z podawaniem miecza, wycieraniem klingi po walce i resztą ceremoniałów. Jednak w tej chwili myślał, że będzie to jedynie łatwa metoda zakończenia swojego pozbawionego sensu życia. Jedno pchnięcie i po nim. Cudze życia odbierał z taką łatwością. Ze swoim poradzi sobie równie dobrze.
- Zanim popełnisz największy błąd swojego życia, posłuchaj najpierw mnie.
Za plecami chłopaka odezwał się znajomy głos. Ostatnio słyszał go przed rokiem, jednak nie mógł pomylić jego właściciela z nikim innym. Wiązało się z nim wiele wspomnień, wiele pytań pozostawionych bez odpowiedzi. Osoba ta niegdyś mu pomagała, choć wcale nie życzył sobie takiej pomocy. Uratowała mu życia, z którego utratą zdążył się pogodzić. Teraz zrobiła to ponownie.
Christopher Valley podniósł się z klęczek, wciąż kurczowo trzymając w dłoni rękojeść miecza. Knykcie mu pobielały, jednak nie zamierzał poluzować uścisku. Odwrócił się w stronę rozmówcy i przyjrzał mu się dokładnie. W przeciwieństwie do chłopaka ten w ogóle się nie zmienił. W dalszym ciągu ta sama majestatyczna postać mówiąca: „Jestem zbyt potężny, by się do mnie zbliżyć. Gin, śmiertelny!”. Ta sama maska skrywająca straszliwe oblicze.
- Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia, synu Aresa – powiedział właściciel dyskoteki.
Chłopak nie wątpił, że tak jest. Ta istota z pewnością miała ważny powód, by opuścić jaskinie Zeusa, odnaleźć go i powstrzymać od samobójstwa. Zastanawiał go jedynie fakt, do czego mógłby być mu potrzebny.
– Czego ode mnie chcesz? – powiedział cichym głosem mogącym przyprawić o lodowate dreszcze.
- Potrzebuję twojej pomocy. – W tonie jego głosu dało się słyszeć trud, z jakim przyszło mu wypowiedzenie tych słów.
– Mojej pomocy? A niby w czym miałbym ci pomóc?
To było dobre pytanie. Właściciel dyskoteki był niezwykle potężną istotą. To, że zdecydował się poprosić o pomoc herosa, skłaniało do zadawania pytań.
- Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie. A teraz przejdź się ze mną, proszę. Mam ci coś do pokazania.
Nie trudził się próbą oporu. Nic by tym nie zyskał oprócz straconego czasu. Jeśli choć część słów właściciela dyskoteki była prawdziwa, nie miałby z nim szans w pojedynku. Poszedł więc, wcześniej chowając miecz. Nie miał czego się bać. Jeśli rzeczywiście jest potrzebny synowi Hadesa i Rei, pożyje jeszcze wystarczająco długo.
- Wiele się zmieniło od naszego ostatniego spotkania, prawda? Nie jesteś już tym samym potulnym heroskiem, którego poznałem w jaskiniach. Życie na zewnątrz daje w kość, nie?
– Idzie się przyzwyczaić. Wystarczy codziennie ostrzyć miecz i czuwać w nocy, żeby przeżyć. Każdy dałby radę, gdyby chciał. – Nie mówił tego przez skromność. Po prostu tak uważał. Nawet idiota potrafiłby zamachnąć się mieczem. Jeśli potwory nie załatwiłyby go podczas snu, przeżyłby przynajmniej kilka dni.
- Nie każdy jednak przetrwałby to co ty. Ile potworów zabiłeś w ciągu tego roku? Tysiące? Dziesiątki tysięcy?
– Coś koło tego.
- Jesteś wyjątkowym herosem, Chris. Wątpię, czy istnieje na tym świecie drugi taki wojownik jak ty. Jednak twoje wady czynią cię słabym. Słabszym od tych nieuświadomionych herosów z obozu, którzy nigdy nie opuścili jego granic. Być może niedługo się o tym przekonasz.
– Póki co świetnie sobie radzę. Nie sądzę, żeby miało się to zmienić.
Na chwilę zapadła cisza. Żaden z nich nie miał chwilowo nic do powiedzenia. Szli więc w milczeniu, aż w końcu znaleźli się na głównym placu w Obozie Herosów. Cisza, jaka wokół panowała, zadziwiała nawet mimo później pory.
– To część twojej mocy? Zatrzymałeś czas? Staliśmy się niewidzialni? – zapytał z ciekawości chłopak.
- To coś bardziej przyziemnego. Wszyscy są zajęci gdzie indziej. Wiedziałbyś, o co chodzi, gdybyś choć trochę interesował się tym, co dzieje się w obozie. I nie, to nie moja sprawka. Choć dotyczy tego co mam ci do pokazania.
Szli dalej. Ominęli odbudowany Wielki Dom, który na chwilę przywołał radosne i równocześnie bolesne wspomnienia z pobytu w tym miejscu. Czy gdyby chciał, mógłby tu wrócić? Raczej nie. Nie pasował już do tego miejsca. Stał się tym, z czym herosi zawsze próbowali walczyć. Niegodziwością i zepsuciem. Żądzą krwi i śmiercią. Do tego doprowadziły go jego wybory. Stał się tym z własnej winy i nie było dla niego ratunku. Jedyną łaską, jaką mogli mu okazać mieszkańcy obozu, było wyzwolenie go od życia i posłanie w najgłębsze czeluści Tartaru.
Gdy zbliżyli się do jeziora, właściciel dyskoteki zatrzymał się i wskazał palcem na idealnie gładką taflę wody.
- Spójrz. Oto, co cię czeka.
I wtedy na wodzie pojawiły się obrazy. Herosi, zakuci w greckie zbroje, prowadzeni na wojnę ku swoim braciom. Potwory walczące ze sobą, rozszarpujące się nawzajem. Obóz Herosów w płomieniach. Czarna i złota klinga skrzyżowane ze sobą. Wszystko to naznaczone krwią i śmiercią. Przyszłość świata? A może teraźniejszość?
– Sprawy się komplikują, ha? Mam udaremnić kolejną wojnę? Po co? Niech się pozabijają, przynajmniej na chwilę będzie spokój.
- Nie mów mi, że odpuścisz sobie taką przygodę. Wiem dobrze, że tylko na to czekałeś. Potrzebowałeś celu dla swoich poczynań. Ja ci go daję. Wyruszysz jeszcze dzisiaj i uratujesz świat. Odkupisz swoje winy, a wtedy może pozwolą ci wrócić do obozu.
– Kto powiedział, że chcę wracać? – zapytał, choć w głębi duszy już się zgodził podjąć to wyzwanie. Rzeczywiście potrzebował motoru dla swoich działań. Potrzebował czegoś, co popchnie go do czynów, o których w innym przypadku by nie pomyślał. – Tak czy siak, zrobię to. Nie dla ciebie, nie dla tych ludzi. Robię to, bo mogę.
- Cieszę się, że się dogadaliśmy. Wiedziałem, że tak będzie. I wiem także, że podczas wyprawy będziesz wystawiony na wiele prób. Abyś pomyślnie przeszedł je wszystkie, chciałbym ci coś zaoferować.
Jeszcze raz wskazał na jezioro, a wtedy obraz się zmienił. W chłopaka uderzyła kolejna fala emocji. Ból pomieszany z nadzieją. Szansa czekająca na końcu drogi utrapienia. W gładkiej tafli wody ujrzał twarz Diany. Mógł ją mieć z powrotem. Wystarczyło… wystarczyło przetrwać.
- Jeśli wypełnisz zadanie, odzyskasz ją. Obiecuję ci to.
– Masz taką moc? Jaką mam gwarancję, że ci się uda? – zapytał podejrzliwie, lekko łamiącym się głosem.
- Jestem synem Hadesa, pamiętasz? Wystarczy mi mocy. A poza tym robiłem to wiele razy. Nie pamiętasz swoich przyjaciół? Sprowadziłem ich z powrotem, żeby pomogli ci dokończyć zadanie. Potrafię to powtórzyć.
Wierzył mu. Mimo całej tej tajemniczej otoczki, wierzył temu łajdakowi. Dlatego się zgodzi. Wyruszy na misję, nie wiedząc jeszcze, co ma zrobić. Wybije tyle potworów, ile będzie trzeba, i przeżyje. Wszystko po to, żeby odzyskać swoją dziewczynę. By odzyskać miłość, która uwolni jego umysł z otchłani morderczego pożądania.





To tyle na ten moment. Mam nadzieję, że się spodoba i znajdzie się ktoś, kto będzie chciał poznać dalsze losy głównego bohatera. Liczę też na intelignentne komentarze z opiniami. Tym razem krytyka stylu, ortografii i innych takich ół będzie mile widziana.
Dziękuję za uwagę.


P.S. Jeśli tekst wydaje się być nieprzerwanym blokiem wyrazów, wybaczcie, ale nie chce mi się bawić ze spacjami, enterami i akapitami. Będziecie musieli to przeżyć.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Chris dnia Śro 17:23, 30 Sty 2013, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Raphael
Kryzys Tantala
Kryzys Tantala



Dołączył: 05 Wrz 2012
Posty: 567
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 7 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Percy

PostWysłany: Pią 18:48, 01 Lut 2013    Temat postu:

Ok. Muszę przyznać, że masz świetny styl. Myślę, że prawie w ogóle się nie zmienił od tego, którym pisałeś w RPG. Jest prosty, ale jednocześnie intrygujący. Opisy szczegółowe, ale nie przesadzone. Tekst nie jest pisany na siłę. Przynajmniej takie mam wrażenie. Błędów ortograficznych nie zauważyłem, a jeżeli chodzi o błędy gramatyczne to trzeba by się mocno zastanowić.

Chris napisał:
Jego ojcem był grecki bóg wojny - Ares, szkolił się w sztukach walki bronią i wręcz, nauczył się, jak przetrwać w najtrudniejszych warunkach, kilka razy otarł się o śmierć i udaremnił wybuch kolejnej wojny między herosami, uśmiercając potomka najważniejszego z bogów, Zeusa, i tytanidy Rei.

To zdanie mi się zbytnio nie podoba. Jest nieco za długie a ponadto połączenie "Jego ojcem był bóg wojny - Ares" a resztą zdania jest wplecione MOIM ZDANIEM na siłę. Pewnie nie mam racji. Ja bym rozłożył to zdanie na dwie części, w jednej bym napisał o ojcu, jednocześnie je jakoś rozbudowując, a w drugiej jego krótką przeszłość. Poza tym dobrze.

Co do fabuły, uważam, że bardzo dobrze ją na razie prowadzisz. Nie zaczynasz od szczęśliwego pobytu w obozie, tylko od razu wprowadziłeś misję.
Opis podróży Chrisa i jego przygód, a przede wszystkim zmiana charakteru syna Aresa podobały mi się w prologu najbardziej. Mam nadzieję, że nie powrócisz tak szybko do wcześniejszego charakteru chłopaka. Lubię go jako bardzo mrocznego herosa i chcę by jeszcze taki pozostał choć przez kilka rozdziałów.
Świetny pomysł wykorzystania paru postaci z RPG. Właściciel dyskoteki jest oryginalnym wyborem, żeby obwieścić misję. Dobrze, że odrzuciłeś schemat, że to Chejron omawia problem i zwołuje problem, tak jak w innych fanfickach.

Chris napisał:
– Jak mam żyć dalej, skoro nie widzę w tym sensu? – Pytanie rozległo się echem po polanie. Odpowiedź nie nadeszła. -Nie jestem nikomu potrzebny, żyję z dnia na dzień, przejmując się jedynie powiększającą się liczbą potworów, które zabiłem. Lepiej dla mnie byłoby umrzeć tutaj, obok ciebie i odszukać cię w Hadesie. Wybiłbym wszystkie zastępy Podziemia, gdybym musiał, żeby cię odzyskać. – Chłopak sięgnął po łańcuch, który sekundę później zamienił się w spiżowy, lekko zakrzywiony miecz. Na tyle ostry, by przeciął rzuconą na niego nitkę.

Wspaniała "przemowa" Chrisa, ale na twoim miejscu bym ją nieco rozbudował. Chciałbym przeczytać większej wyżaleń syna Aresa. Ewentualnie bym ją nieco inaczej napisał, ale to już inna sprawa.

Ogółem świetnie napisany prolog. Dość długi nawet jak na prolog, ale ja lubię czytać długie teksty. No i czekam na kolejne rozdziały.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Raphael dnia Pią 19:00, 01 Lut 2013, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
rolKa178
Kryzys Tantala
Kryzys Tantala



Dołączył: 12 Sie 2012
Posty: 562
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 11 razy
Ostrzeżeń: 2/5
Skąd: Domek nr 11
Płeć: Percy

PostWysłany: Sob 10:50, 02 Lut 2013    Temat postu:

Nie napiszę komentarza, bo jestem głupi i nie potrafię.
Może przedstawię Chrisa w moich oczach.
Dobrze to wszystko zgrałeś, bo nie mam wrażenia, że jest takim fałszywym mhrocznym rycerzem, ,,emo'', który ,,cierpi i tyle przeżył w życiu...'', tylko naprawdę człowiekiem, który jest po części w rozsypce i nie potrafi dostrzec wartości morlanych w świecie, poza zabijaniem, no i oczywiście Dianą.
Podoba mi się. Wciągnęło mnie i czytam, a to już coś, zważając na moje wszechobecne lenistwo i nie tak wszechobecną obecną sytuację Very Happy Mam jedynie nadzieję, że ponownie Chris zaprezentuje nam geniusz swojej postaci i wyjdzie z całej sprawdy bez mainstreamu, choć na to już się zapowiada; dobrze piszesz. Ja już mam pomysł co do mojego mini-opowiadania, ale czy ty masz? Znajdź jakiś oryginalny, lecz pamiętaj, że dobry pisarz potrafi całkowicie zmienić fabułę w ostatnim rozdziale.
Ale co ja mogę wiedzieć?
To tyle. Fuj.
A teraz do Raphaela: za nidługo wszystko wyjaśnie, daj mi tylko trochę więcej czasu. Muszę jeszcze się dopalić. Odpocząć.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez rolKa178 dnia Sob 10:52, 02 Lut 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Chris
Aresowa skarpeta
Aresowa skarpeta



Dołączył: 01 Kwi 2012
Posty: 14
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Percy

PostWysłany: Śro 18:11, 06 Lut 2013    Temat postu:

Rozdział 1: Jak mogłem?


Chris ze zdumieniem i zaciekawieniem przyglądał się opancerzonym oddziałom herosów broniących granic obozu. Ze wzgórza, które obrał za punkt obserwacyjny, miał doskonały widok na wydarzenia rozgrywające się zaledwie kilkadziesiąt metrów od niego. Od czasu do czasu zauważał znajome twarze: dawnych przyjaciół, Chejrona, satyrów. Kiedyś ci wszyscy ludzie byli mu bliscy, zapewniali bezpieczeństwo. Minął tylko rok odkąd ostatnio czuł się członkiem tego niezwykłego społeczeństwa, jednak jemu wydawało się, że dzieli ich kilka lat wspomnień i doświadczenia. Już nie był jednym z nich. Nie było dla niego miejsca w szeregu herosów stających w obronie obozu i swoich przyjaciół. Był wyrzutkiem. Roninem. Samotnym wojownikiem, który podąża jedynie własnymi ścieżkami.
Odgłos rogu zapowiedział kolejne natarcie. Obrońcy po raz wtóry musieli podjąć tytaniczny wysiłek i odeprzeć nacierające hordy potworów i wrogich herosów. To już trzecia fala tej bitwy. Mieszkańcy obozu wyglądali na wyczerpanych i zniechęconych. Wielu z nich było rannych, a przez to niezdolnych do walki. Szeregi były przerzedzone. Zastawione wcześniej pułapki przez dzieci Hefajstosa zostały już użyte lub rozbrojone. Drzewa wokół granicy płonęły. Brakowało mieczy, włóczni i tarcz. Obrońcy potrzebowali pomocy.
– Jak do tego doszło? – zapytał. – Jak mogłem nie zauważyć wybuchu wojny?
- Naprawdę nie wiesz? Zastanów się. Przez ostatni rok jeździłeś po całym kraju w poszukiwaniu potworów, nie zdając sobie sprawy, że największa bitwa rozgrywa się w twoim domu. Byłeś ślepy, synu Aresa. Ślepy i zbyt zapatrzony w swoje potrzeby.
Właściciel dyskoteki miał rację. Żądza mordu przesłoniła mu wzrok. Zaślepiony chorym pożądaniem nie zauważył niebezpieczeństwa stojącego za jego plecami. Tak szybko pędził przed siebie, że nie zauważał, co zostawia w tyle. Chcąc porzucić dawne życie, przestał oglądać się za siebie, wystawiając się na zdradziecki cios w plecy.
- Chciałbyś im pomóc? Ruszyć w pełnym rynsztunku na ratunek towarzyszom? Po raz kolejny ocalić obóz i przyjaciół? Masz taką możliwość. Ci ludzie nie zapomnieli o tobie. Krążą o tobie pogłoski, legendy. Wśród nowych rekrutów jesteś porównywany do Heraklesa, Tezeusza, Jazona. Twoja charyzma natchnęłaby ich wolą walki. Mógłbyś odwrócić losy tej bitwy. Sam.
Owszem, mógł. Zabiłby setki potworów, zanim uległby zmęczeniu. Posiekałby wielu herosów, zanim ci zdołaliby zarysować jego zbroję. Wysłałby mnóstwo dusz do Hadesu, nim jego miecz zostałby stępiony. Dzięki niemu obóz mógł przetrwać.
– Co, jeśli to nie oni mają rację? Może tym razem obóz jest wrogiem, a tamci herosi dążą ku wyzwoleniu.
- Dlatego sprzymierzyli się z potworami?
– Mówi się, że wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. Zabiłem wystarczająco wiele potworów, by znać ich wartość bojową. Jeśli nie zrazisz ich do siebie, mogą być cennymi sprzymierzeńcami.
Właściciel dyskoteki zamilknął na moment. Z zadumą przyglądał się chłopakowi, który z zaciętym wyrazem twarzy obserwował rozgrywającą się bitwę.
- Być może cię nie doceniłem, synu Aresa. Widzę, że oprócz machania mieczem potrafisz również myśleć. Ta umiejętność przyda się w trakcie twojego zadania.
Chris otwierał już usta, by odpowiedzieć, gdy nagle rozległ się przeszywający dźwięk trąbki. Z zamaskowanych dołów wzdłuż granicy obozu wyłonili się herosi. Liczni i zmotywowani do walki. Świeże posiłki przywróciły ducha walki mieszkańcom obozu, którzy ruszyli do kontrataku. W ciągu kilku minut losy bitwy zostały rozstrzygnięte. Napastnicy czym prędzej zarządzili odwrót, chcąc przegrupować oddziały i przygotować je na kolejną rundę.
– Ciekawe posunięcie. Gdyby jednak szerzej rozstawili doły, mogliby wziąć przeciwnika w kleszcze i definitywnie zakończyć tę wojnę.
- Nie znasz wszystkich faktów. Ci herosi to żółtodzioby. Niektórzy z nich zostali sprowadzeni do obozu w ciągu ostatnich kilku tygodni. Nie mieli czasu na trening. Obrońcy mieli szczęście, że wróg się nie zorientował. To mógł być pogrom.
Chłopak tylko wzruszył ramionami.
– Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa.
- Kto ryzykuje, zdaje się na łaskę bogów. Co o tym myślisz, Chris? Czy złożyłbyś swoje życie na ręce Zeusa i jego pupilków?
To stwierdzenie odebrało chłopakowi nieco animuszu. Nie odzywał się przez moment, próbując wymyśleć wystarczająco dobitną odpowiedź, jednak zdał sobie sprawę, że nie jest to możliwe. Właściciel dyskoteki miał dużo racji w swoich słowach. Wystarczająco wiele, żeby chwilowo zdezorientować chłopaka i wprowadzić chaos w jego myśli.
W tym samym czasie bitwa na granicy obozu definitywnie dobiegła końca. Sanitariusze zaczęli opatrywać i przenosić rannych, a ci, którzy nie ucierpieli w starciu, odpoczywali lub opłakiwali zmarłych. Chłopak wykorzystał ten moment, żeby zmienić temat rozmowy.
– Co będzie teraz? Mam zostać w obozie i pomagać obrońcom, czy dogonić tamtych i poznać plany drugiej strony?
- Nie sądziłem, że o to zapytasz. Czyżbym się przeliczył co do twojego instynktu wojownika?
Chris uśmiechnął się szelmowsko, a w jego oczach zatańczył ognik radości z czekającej go zabawy.
– Wyruszam bezzwłocznie – powiedział.
- O wiele lepiej. Liczę, że uda ci się wypełnić zadanie i wrócić w jednym kawałku. Przyszłość niesie wiele problemów i okazji. Przydałby mi się ktoś taki jak ty, żeby jak najlepiej się do nich ustosunkować.
Wtedy obaj półbogowie zmierzyli się wzrokiem. Dwaj potężni wojownicy, jeden dysponujący nieobliczalną magią, drugi ostrym mieczem i smykałką do szermierki. Obaj obdarzeni umysłem taktycznym i potrzebą spełnienia swoich wygórowanych zachcianek. I zamierzali ze sobą współpracować. Porządek świata zaczynał się zmieniać.
- Myślę, że pora się już pożegnać. Mam wiele innych spraw na głowie – powiedział właściciel dystkoteki. - Powodzenia, Christopherze Valley, synu Aresa. Wykorzystaj swoje zalety, wady głęboko ukryj i, najważniejsze, pamiętaj, co ci obiecałem. Jeśli ci się powiedzie, odzyskasz swoją dziewczynę.
– Jeśli polegnę, także do niej dołączę.
- To prawda, jednak wierz mi. Wolałbyś ją mieć tu, na Ziemi, niż w miejscu, które zostało ci przeznaczone.
– Racja – odpowiedział heros, po czym miał już odejść, gdy przyszła mu do głowy pewna myśl, którą musiał się podzielić. – Znasz moje imię, ale ja nie znam twojego. Jak mam się do ciebie zwracać?
Widać było, że właściciel dyskoteki głęboko zastanawia się nad tym pytaniem. Po chwili miał już odpowiedź.
- W różnych miejscach zwą mnie inaczej. Większość, tak jak ty i niegdyś twoi przyjaciele, tytułuje mnie właścicielem dyskoteki. Odpowiada mi to. Nadaje mi otoczkę tajemnicy. Jednak tobie mogę wyjawić swoje prawdziwe imię.
Wtedy pochylił się nad chłopakiem i wyszeptał mu do ucha kilka greckich słów. Gdy po chwili się odsunął, heros z zadumą pokiwał głową. To imię kryło w sobie moc. I obietnicę.
- Cóż, na mnie już pora. Od tej misji zależy los wszystkich herosów, więc nie zawiedź. Musicie przetrwać. Inaczej bogowie stracą swoją najpotężniejszą broń przeciwko ciemności. A wierz mi, są gorsze rzeczy niż władza bogów.
Po tych słowach rozpłynął się w powietrzu, zostawiając Chrisa samego z rozbieganymi myślami. W jego głowie panował chaos, jednak jedna myśl wysuwała się przed wszystkie inne. Świadomość, że w najbliższym czasie pośle do Tartaru wiele dusz. Niewykluczone, że zbyt wiele.





Wstawione. Ponownie musicie mi wybaczyć jakość posta, ale w dalszym ciągu się rozkręcam. Poza tym w tym tygodniu miałem trochę więcej pracy i nie poświęciłem pisaniu tyle czasu, ile powinienem. No i jeszcze niekoniecznie wiedziałem, co ma się znaleźć w tym rozdziale.
Mam nadzieję, że następny post będzie dużo lepszej jakość. Mam całkiem niezły pomysł i chęć do pisania + zaczynają mi się ferie.
I jeszcze jedno. Czemu wstawiłem posta dzisiaj, skoro mogłem to zrobić później i poprawić to i owo? Przynajmniej na razie, póki akcja nie jest wymagająca, chciałbym wstawiać rozdziały regularnie, tj. w każdą środę. Jeśli znajdę czas w ferie, może znajdzie się jakiś bonusowy rozdzialik, ale nie obiecuję. Tymczasem to tyle z mojej strony, zapraszam do czytania.


PS.
Tak, przy każdym rozdziale zamierzam się tłumaczyć, dlaczego nie wyszedł mi taki post, jaki powinien. Niech to będzie tradycją.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Anonim97
Strażnik Obozu
<b>Strażnik Obozu</b>



Dołączył: 30 Gru 2010
Posty: 337
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Percy

PostWysłany: Pią 12:11, 08 Lut 2013    Temat postu:

No cóż. Od czego tu zacząć? Może od stylu. Jest on taki jak zawsze, bardzo dobry. Druga rzecz: syn Hadesa i Rei. Ciekawa postać. Mam tylko jedno pytanie: dlaczego akurat Rei? Trzecia rzecz, to charakter, czyli coś z czym ja mam problemy. Tutaj zrobiłeś coś, do czego ja wciąż dążę. Niestety nie wychodzi mi to. Może pora to zmienić? Ale nieważne. Fanfick zapowiada się bardzo dobrze, nie mogę się doczekać dalszej części.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
rolKa178
Kryzys Tantala
Kryzys Tantala



Dołączył: 12 Sie 2012
Posty: 562
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 11 razy
Ostrzeżeń: 2/5
Skąd: Domek nr 11
Płeć: Percy

PostWysłany: Wto 11:01, 12 Lut 2013    Temat postu:

Napisałeś dłuższy prolog od pierwszego rozdziału. Jestem pełen podziwu, myślałem, że tylko ja jestem do tego zdolny. Poza tym widzę, że mamy wspólne przekonanie, że ilość nie znaczy jakość. Proszę Cię, nie zmieniaj objętości rozdziałów, takie są świetne, lepiej się czyta. Błędów jako takich się nie dopatrzyłem, ale używaj częściej zaimków i synonimów (niefajnie się czytało te drugie ,,definitywnie'' w tekście, a myślę, że wyraz ,,stanowczo'' również spełniłby oczekiwania). No i oczywiście ,,PS''. W Prologu zrobiłeś kropki wszędzie, w pierwszym rozdziale tylko po ,,s''. A prawda jest taka, że kropek nie stawiamy. Po prostu ,,PS''. Bardzo mi się podoba to co piszesz i jaki to ma związek z Twoją osobą. Niesamowity jest motyw, w którym widać, że podczas czytania tekstu postać zarówno Chrisa (prawdziwego), jak i tego ,,Chrisa'' przed komputerem, przechodzi ponowną inicjację - jeden w życiu, a drugi na forum Very Happy Ten fanf... Nie. Te opowiadanie dołącza do mojej osobistej listy ulubionych, skromnej zarazem, ubogiej.
PS Ale ze mnie gapa. Nie znalazłem tematu ,,Daty urodzenia''. Ale teraz już mam. Pozdrawiam i pisz dalej. I nie musi być regularnie, nie zamieniaj zabawy w pracę. Powodzenia!


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Chris
Aresowa skarpeta
Aresowa skarpeta



Dołączył: 01 Kwi 2012
Posty: 14
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Percy

PostWysłany: Śro 21:08, 13 Lut 2013    Temat postu:

Wspomnienie: Ku zatraceniu



Chris w pośpiechu pakował swoje rzeczy. Jego domek był chwilowo pusty, ale w każdej chwili ktoś mógł się w nim pojawić. A nie chciał, żeby ktoś go zobaczył w tej chwili. Uciekał z obozu. Tylko w ten sposób można nazwać decyzję, którą podjął. Poddał się własnej psychice, uległ emocjom, nie podołał próbie woli. Rezultatem tej porażki był stan, w jakim się znalazł. Ciągle roztrzęsiony nie mógł znaleźć dla siebie miejsca. Bezustannie krążył między domkiem Aresa, Areną, jeziorem i boiskiem do koszykówki, próbując dać upust rozbieganym myślom. Nie pomogły mu nawet wyczerpujące treningi, którym oddawał się bez opamiętania. Uznał więc, że nie może dalej tak żyć. Jeśli nie udało mu się znaleźć swojego miejsca w obozie, poszuka go poza nim. Świat jest wielki, a on młody i żądny przygód.
Decyzja, którą podjął, rodziła wiele pytań, w tym jedno najważniejsze. Jak doszło to tego, że ten niewzruszony wojownik nie potrafił poradzić sobie z własną psychiką? W trakcie misji, którą zobowiązał się wypełnić, stracił wystarczająco wiele, by się załamać: jedyną do tej pory prawdziwą miłość, motor napędzający go do dalszego trwania oraz chęć do życia. Strata Diany odbiła się na nim mocniej, niż się spodziewał. Na początku był niemal pewien, że spłynie to po nim jak po kaczce, że cała ta tragedia odbije się od skały, jaką był on sam. Mylił się. Gdzieś głęboko w jego jestestwie kryła się cecha, o której myślał, że już dawno się jej wyzbył. Była to potrzeba. Potrzeba miłości. Dopiero po utracie dziewczyny ta cecha uwolniła się z łańcuchów jego obojętności i izolacji. Zdał sobie sprawę, że tak jak inni pragnie być obdarzonym miłością. Pragnie kochać inną osobę. Ta wiedza go przytłoczyła. Nie był gotów na coś takiego. Od tak dawna nie darzył nikogo uczuciem, że zdążył już zapomnieć, co to znaczy. Dlatego właśnie odczuwał stratę Diany bardziej niż inni. Kiedy reszta musiała jedynie pogodzić się z jej śmiercią, on musiał na nowo odkryć, co znaczy miłość, żeby przez tą samą miłość doznawać zdwojonych cierpień.
Jednocześnie zmagał się z koszmarami. W mrocznych wizjach sennych widział twarz niedawno pokonanego wroga, Rezusa. Syn Zeusa stał przed nim otoczony blaskiem mocy i śmiał się z niego. Drwił z jego nieporadności. Śmierć, jaką mu zgotował, nie była wystarczająca. Za wszystkie występki, jakich się dopuścił, Rezus powinien cierpieć. Poczuć na własnej skórze to, czym karał swoich nieprzyjaciół. Krzyczeć i płakać z bólu, błagać o litość. Lecz on po prostu umarł. Spadł z wysokości kilku pięter. W momencie uderzenia z ziemią już nie żył. Nie poczuł bólu łamanych kości, nie poznał uczucia pękającej czaszki. Jego życie w jednym momencie zgasło.
Straciwszy więc wszystko, na czym mu zależało, postanowił odejść. Opuścić tych, z którymi niegdyś walczył ramię w ramię. Zdradzić Chejrona, który nauczył go tylu przydatnych umiejętności. Porzucić służbę bogom i udać się na wygnanie.
Kiedy zapakował wszystkie swoje rzeczy, ostatni raz rozejrzał się po swoim domku. Uśmiechnął się, widząc ściany pokryte setkami planów maszyn bojowych, map i schematów bitewnych. Wspomnienia uderzyły go, gdy zobaczył głębokie bruzdy wokół swojego łózka. Pamiątka po jednej z wielu kłótni, jakie odbył ze swoim rodzeństwem. Teraz miał to wszystko zostawić. Być może już nigdy nie zobaczy swojej rodziny. Tak, mieszkańcy tego domku byli jego rodziną. Może i znienawidzoną, może nie taką, jaką chciałby mieć, ale rodziną.
- No, Chris. Koniec tych sentymentów. Pora iść – powiedział sam do siebie, bo tylko w ten sposób mógł ułatwić sobie tę decyzję.
Z zaciętym z determinacji wyrazem twarzy przedarł się przez pułapki ustawione w całym korytarzu i opuścił domek. Była pora kolacji, więc większość herosów, satyrów i innych nienormalnych mieszkańców obozu znajdowała się na stołówce. Być może jego nieobecność na posiłku zwróci czyjąś uwagę, jednak nie powinna ona nikogo zaniepokoić. Dzieci Aresa krążyły własnymi ścieżkami. Pewnie uznali, że masakruje kolejne kukły na arenie. Najciszej i jednocześnie najszybciej, jak mógł, kierował się w stronę granicy obozu. Po kilku minutach drogi udało mu się osiągnąć cel. Zdziwił go fakt, że z obozu można wymknąć się tak łatwo. Wypady dzieci Hermesa do miasta w jednej chwili przestały być dla niego aż tak nadzwyczajne.
Ominął sosnę, wokół której owinięte było Złote Runo. Jeszcze raz przyjrzał się temu potężnemu artefaktowi. Czy mógłby on uleczyć jego złamany umysł? Przywrócić czystość myślenia i dawną sprawność? Nie, nie ma już dla niego ratunku. Musiał nauczyć się żyć inaczej niż wcześniej. Przyzwyczaić się do burzy panującej w jego głowie i nie zginąć przy tym. Zrobił kolejny krok, zostawiając Obóz Herosów za swoimi plecami. Odchodząc, nie oglądał się za siebie.
Nie zdążył jednak oddalić się na tyle, by Wzgórze Herosów znikło z jego zasięgu widzenia, gdy wokół niego zaczęły materializować się potwory. Nagle zrobiło się cicho i nieprzyjemnie. Słońce zaszło za kłębowiskiem ciemnych, deszczowych chmur. Pierwsze krople wody zaczęły zderzać się z jego ciałem. Chris rozejrzał się po twarzach potworów i zaniemówił. Rozpoznał w nich swoich przyjaciół, rodzeństwo, Chejrona. Największy ze stworów miał twarz jego ojca –Aresa.
Chłopak sięgnął po łańcuch, który w ciągu sekundy zamienił się w ostrą jak brzytwa klingę. Przez chwilę zatęsknił za swoim drugim mieczem, który stracił w trakcie ostatniej misji, jednak uczucie przygnębienia znikło szybciej nawet, niż się pojawiło. Nie atakował. Czekał na pierwszy ruch potworów. O ile nimi były. Chris zastanawiał się, czy twarze przyjaciół są wytworem jego wyobraźni. Czy może jednak są prawdziwe. Odpowiedź na to pytanie przyszła sama. Potwór o twarzy Aresa zaszarżował z prędkością nieadekwatną do jego rozmiarów. W ciągu ułamku sekundy doskoczył do Chrisa i ciosem potężnej pięści powalił herosa na łopatki.
Tymczasem deszcz stawał się coraz bardziej ulewny. Słońce zaszło już za widnokręgiem, a władzę na niebie powoli przejmował księżyc, oświetlając polanę, na której rozgrywała się walka. Syn Aresa podnosił się powoli, przypatrując się uważnie każdemu potworowi. To na pewno nie byli jego przyjaciele. Gdy stanął pewnie na nogi, otarł krew z rozciętej wargi i splunął na ziemię. Wtedy na jego twarzy zagościł szelmowski uśmieszek, a w jego oczach dało się dojrzeć radość z nadchodzącej potyczki. Zakręcił mieczem w ręce i ruszył do ataku. Pierwszego potwora rozpłatał, będąc jeszcze w biegu. Do drugiego doskoczył gwałtownie niczym pantera i kilkoma uderzeniami rękojeścią miecza zmasakrował mu twarz. Pojedynczym ciosem miecza w nieosłoniętą szyję ukrócił cierpienia wysłannikowi Tartaru. Potwory, widząc ten pokaz umiejętności i agresji, stały się nieco bardziej ostrożne i zaczęły atakować parami lub nawet trójkami. Chris z łatwością wytrzymywał napór przeciwników, czerpiąc z tego pojedynku niewysłowioną radość. Śmiejąc się głośno, wbił kolejnemu napastnikowi miecz w serce, po czym szarpnął nim do góry tak, że górna część ciała potwora rozpadła się na dwie części. Truchło upadło na ziemię, po czym rozsypało się w pył. Po kilku minutach walki do załatwienia został tylko największy z hordy, ten z twarzą Aresa. Heros, znając już siłę i szybkość tego potwora, przyczaił się i zamiast atakować, wyczekiwał na odpowiednią chwilę do przeprowadzenia kontry. Ciszę, jaka nastała, przerwał donośny grzmot poprzedzony wyjątkowo jasną błyskawicą. Kolejne wyładowania elektryczne sprawiły, że na polanie było prawie tak jasno jak za dnia.
Potwór w końcu zaatakował. Wyskoczył w powietrze na kilka metrów, żeby chwilę później upaść na herosa całym ciężarem swojego wielkiego ciała i przerobić go na krwawą miazgę. I stałoby się tak, gdyby Chris nie był na to przygotowany. Wyszkolenie i instynkt przyniosły efekty i w ostatniej chwili udało mu się uniknąć przemiany w krwistego naleśnika. Gdy stwór padł na ziemię, z pewnością zdziwił go fakt, że nikogo pod nim nie ma. Chłopak wykorzystał moment dezorientacji olbrzyma, by wyprowadzić uderzenie mieczem. Ostrze trafiło w oko potwora. Kolejny cios w drugie oko całkowicie oślepił przeciwnika. Zabrakło jednak czasu na trzecie, kończące uderzenie. Olbrzym podniósł się, machając przy tym na oślep wielkimi łapskami, zmuszając herosa do wycofania się. Chwilę później Chris, opierając się nonszalancko na własnym mieczu, stał naprzeciwko oślepionego i mocno rozjuszonego potwora, którego zamierzał obdarzyć krwawym uśmiechem. Wtedy ziewnął ostentacyjnie, po czym podrzucił ostrze wysoko ku górze. W tym samym momencie stwór ruszył do ataku, od razu przechodząc do pełnego sprintu. Nagle czas jakby zwolnił. Miecz, spadając, idealnie wpasował się do wyciągniętej dłoni chłopaka, który od razu zamachnął się klingą. Ostrze przecinało każdą napotkaną na swojej drodze kroplę deszczu, aż w końcu dotarło do miękkiego brzucha olbrzyma. Wtedy czas wrócił do normalnego biegu, a Chris ciął ponownie, znacząc czerwony krzyż na torsie potwora. Ten, zaskoczony nagłym przypływem bólu, odchylił się do tyłu. Chłopak wykorzystał ten moment, żeby wspiąć się na przeciwnika. Unikając ciosu potężną łapą, przeskoczył na plecy olbrzyma. Tym samym, uczepiony długich włosów, przejechał mieczem po szyi potwora. Krew rozprysła się na wszystkie strony. Życiodajny płyn strumieniem spływał po ciele olbrzyma, znacząc czerwonymi plamami ubitą ziemię. Chris, wykonując salto w tył, zeskoczył na ziemię. Z uciechą patrzył jak kolos pada na ziemię i rozsypuje się w pył.
Miał już dezaktywować miecz, gdy za swoimi plecami wyczuł czyjąś obecność. Będąc pewnym, że jednemu z potworów jednak udało się przeżyć walkę, gwałtownie obrócił się i pchnął mieczem… w bezbronnego satyra. Widząc zaskoczone oblicze przyozdobione rogami na czubku głowy, wyciągnął miecz i odsunął się, jakby się czymś poparzył. Rozejrzał się wokół siebie. Na niebie jasno świecił księżyc, nie było żadnego śladu po burzy, nie wyczuwał wilgoci w powietrzu. Spojrzał jeszcze na niedawne pole walki. Nic nie świadczyło o tym, że przed chwilą rozegrała się tu krwawa potyczka. Żadnej przygniecionej trawy, żadnych śladów łap i pazurów, żadnej krwi. Dotknął swojej wargi po to, żeby przekonać się, że jest ona cała i zdrowa. Czy nie w tym miejscu zranił go jeden z potworów? Przez chwilę stał oniemiały, próbując wyjaśnić to, co działo się przed chwilą. I nic nie przychodziło mu na myśl. Nie wiedząc, co ze sobą począć, uklęknął przy krwawiącym satyrze i chwycił go pod szyję, by zbliżyć do siebie jego twarz. Półkozioł spojrzał na niego, a w jego oczach pojawiło się bezbrzeżne zdumienie.
- Ch… Chris? – powiedział, najwidoczniej go rozpoznając. – C… co? Dla… dlaczego?
– Mój umysł… moje myśli. Przepraszam – odpowiedział nieskładnie. – Stałeś się pierwszą ofiarą mojego wyboru. Nie mogłem już dłużej wytrzymać w Obozie, stał się on dla mnie więzieniem, mimo iż kiedyś uznawałem go za wymarzony dom. Zostałem pokonany w bitwie, jaka rozegrała się w mojej głowie. Straciłem siły do stawiania oporu negatywnym emocjom. Wyobraźnia stanęła przeciwko mnie, a ja okazałem się niewystarczająco dobry, by się jej przeciwstawić. Teraz umierasz przez moją słabość, przez moje błędy. Wybacz mi.
Nie usłyszał jednak słów przebaczenia, gdyż satyr wydał z siebie ostatnie tchnienie. Chris zostawił jego ciało na ziemi. Wkrótce przemieni się ono w coś, co jeszcze ściślej łączyć go będzie z Matką Naturą. Nie wypowiedział żadnych słów błogosławieństwa, nie życzył udanej podróży w krainę zaświatów. Uchodząc z miejsca zbrodni, ani razu nie obejrzał się za siebie. Jak się okazuje, życie poza obozem jest ciężkie. Teraz, gdy na scenę wkroczył Chris, sytuacja stanie się jeszcze gorsza. Dla jego wrogów.





Wstawione. Jak już mówiłem, po tygodniowej przerwie pojawia się kolejny fragment opowieści. Po raz pierwszy jestem w miarę zadowolony. Co prawda, pisałem to w niemałym pośpiechu, gdyż tak właściwie dopiero wczoraj wziąłem się za to tak na poważnie. Być może momentami tekst wydaje się trochę nieskładny i chaotyczny, ale myślę, że całość jest ok. Co mam jeszcze do powiedzenia? Hmm, skoro przestaję krytykować samego siebie, odniosę się do waszej krytyki. Pod moimi postami pojawia się niewiele komentarzy, ale nie znaczy to, że będę olewał nawet te nieliczne.

Rolka, na serio? Czepiasz się PSów? Co to w ogóle za różnica? Przecież to nawet nie jest częścią tekstu głównego. Zrozumiałbym, gdybym popełnił taki błąd w opowiadaniu, no ale... serio?
Nie będę komentował tej całej "ponownej inicjacji", bo nie do końca rozumiem, o co ci chodzi.

Anon, pytasz o syna Hadesa i Rei. Cóż, polecam zajrzeć do mojego drugiego w tym dziale opowiadania, w którym ta postać się pojawia i którą przeniosłem do tego ff.

Raphael, tutaj przyznaję ci rację. Często zdarza mi się pisać przydługie zdania. Tak już mam i raczej nie uda mi się tego naprawić, ale będę się starał. Liczę na więcej takich "łapanek" i wytykania mi błędów.
A jeśli chodzi o tę przemowę, to powiem tak: Chris nie jest gadatliwy. I jeśli chodzi o mnie, to ta przemowa jest za długa. Jednak musiałem przynajmniej tę jedną część rozbudować, żeby pokazać myśli Chrisa. Jak będzie dalej z jego 'gadatliwością'? Zobaczymy.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Raphael
Kryzys Tantala
Kryzys Tantala



Dołączył: 05 Wrz 2012
Posty: 567
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 7 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Percy

PostWysłany: Śro 21:47, 13 Lut 2013    Temat postu:

Przepraszam, że tak późno, ale mam ostatnio lenia do postów, więc wybacz mi to. Postaram się poprawić.

Ok... Pierwszy rozdział bardzo ciekawy. Wybuch wojny... ten pomysł mi się podoba. Podoba mi się również wahanie Chrisa. W sensie, że te jego myśli czy ta misja, ta walka.... w ogóle ma sens. Dobrze, że fabułę wprowadzasz delikatnie, a nie tak ma maksa, a przez to na siłę. Postać Chrisa jest bardzo dobrze napisana. Mroczna, i bardzo dobrze, że nie gadatliwa. Co prawda chciałem, by ta jego przemowa była dłuższa i bardziej podniosła, to jednak nie chcę, by stał się gadatliwy. Przecież dialogi nie są aż tak ważne w opowieści. Natomiast myśli syna Aresa są świetnie poprowadzone... Podoba mi się, że nieco nawiązujesz do jego wcześniejszych przygód i wspominasz Rezusa, to znacznie ubarwia twoją opowieść. Dzięki temu nie jest ona wyrwana z kontekstu.

Skoro już jesteśmy przy Rezusie to przejdźmy do drugiego rozdziału. Jak widzę, jest on zbiorem myśli Chrisa... co jest na plus, dzięki temu Ci co nie znali wcześniej Chrisa teraz mogą go bardziej poznać i zaznajomić się z jego przeszłością. Zaś starzy wyjadacze mogą sobie przypomnieć stare przygody.

Co do walki to jest ona moim zdaniem bardzo dobrze opisana. Opisów wiele, ale muszę przyznać, że jest ich nieco za dużo. Co prawda opisów nigdy dość, ale nie można z nimi też przesadzać, no nie? Drugi rozdział mimo akcji jest dość spokojny... Jestem ciekaw kiedy zacznie się prawdziwa akcja, ale mam nadzieję, że... nic nie schrzanisz. Ale jestem dobrej myśli.

Moim zdaniem styl jak już wcześniej masz bardzo dobry.

Ogółem bardzo ciekawe rozdziały... I czekam na więcej... Twoja opowieść zapowiada się się bardzo dobrze.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Raphael dnia Śro 21:48, 13 Lut 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Anonim97
Strażnik Obozu
<b>Strażnik Obozu</b>



Dołączył: 30 Gru 2010
Posty: 337
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Percy

PostWysłany: Czw 22:48, 14 Lut 2013    Temat postu:

A tu się nie zgodzę z Raphem. Opisów jest tyle, ile powinno być. Sam nie jestem fanem zbyt dużej ilości opisów, ale tutaj jest ich odpowiednia liczba. Są bardzo dobrze zrobione i wręcz czuć, że jest się tego świadkiem. Reszta została już powiedziana. Czekam na dalsze części.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
rolKa178
Kryzys Tantala
Kryzys Tantala



Dołączył: 12 Sie 2012
Posty: 562
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 11 razy
Ostrzeżeń: 2/5
Skąd: Domek nr 11
Płeć: Percy

PostWysłany: Pią 16:24, 01 Mar 2013    Temat postu:

Gdy proszą Cię o opisanie wad idealnego człowieka, to nie wymyślasz tylko opisujesz złego psa, którego trzyma na smyczy. I starałem się to napisać tak, żeby wyszło jak najmniej czepialsko. Widocznie znów zawaliłem. Z inicjacją mam na myśli twoje stopniowe łączenie się w forum po dłuższym czasie. Gdzie wśród rekrutów jesteś znany prawie jako legenda. Widzę teraz, że źle napisałem. Rozdział drugi postaram się przeczytać, naprawdę. Już widzę, że zapowiada się fajnie.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Chris
Aresowa skarpeta
Aresowa skarpeta



Dołączył: 01 Kwi 2012
Posty: 14
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Percy

PostWysłany: Czw 11:05, 21 Mar 2013    Temat postu:

Rozdział 2: Degeneracja




Przykucnął przy trupie jednego z herosów, którzy przyłączyli się do ataku na obóz. Z jego pleców sterczała strzała wystrzelona najprawdopodobniej przez któregoś z synów Apollina. Umrzeć w trakcie ucieczki, to takie żałosne. Pewnie ten chłopak nawet nie wiedział, co było przyczyną jego śmierci. Strzała przebiła jego serce, doprowadzając do natychmiastowego zgonu. Chris przekręcił ciało na plecy. Ujrzał twarz, która najwyżej mogła ujrzeć dwanaście wiosen. Nawet syn Aresa w tym wieku nie brał udziału w tak krwawych przedsięwzięciach. Przygotowywał się do nich.
- Dalej myślisz, że to był dobry wybór? Przyłączyć się do drugiej strony? – Nie przejmował się tym, że rozmawia z trupem. Wcale nie oczekiwał odpowiedzi. Znał je lepiej niż ktokolwiek. - W obozie byłbyś bezpieczny lub zginąłbyś wśród przyjaciół. A teraz co? Twoi domniemani towarzysze nawet nie wykopali dla ciebie grobu. Porzucili twoje ciało na pastwę padlinożerców i robaków.
Nie przejmując się tym, że jego zachowanie jest przynajmniej niestosowne, z całej siły kopnął bezwładne ciało. Potem to powtórzył. I jeszcze raz. Przestał dopiero, gdy poczuł zmęczenie i ból w nodze.
– Nie łudź się, że twoja śmierć miała jakiś sens. Zginąłeś na marne. Dostałeś strzałę w plecy, zabili cię w trakcie ucieczki. Umarłeś jak pieprzony tchórz.
Twarz Chrisa oblał ciepły pot. Zrobiło mu się słabo. W głowie aż huczało od rozbieganych myśli. Nie wiedząc, co robi, chwycił za miecz i wbił go w martwe ciało. Uderzał raz za razem, aż z brzucha ofiary zrobiła się krwawa miazga. Kiedy wreszcie przestał, upadł na kolana i wydał z siebie rozdzierający okrzyk. Z zakrwawioną twarzą, plamami posoki na ubraniu i obnażonym mieczem przypominał barbarzyńcę z dawnych legend, człowieka prymitywnego, którego jedynym upodobaniem był mord. Jednak ogniki gniewu i szaleństwa w jego oczach zaczęły powoli przygasać, a umysł, jakby zresetowany, powrócił do normalnego trybu pracy. Po kilku minutach atak szału minął całkowicie, jakby wydarzył się on w innej rzeczywistości, a Chris wreszcie mógł przyjrzeć się konsekwencjom swojej złamanej psychiki. Krwawa miazga rozlewała się pod jego stopami. Przez chwilę nie rozumiał, co w niego wstąpiło. Co skłoniło go do takiego czynu. Widząc miecz, który w jego rękach stał się narzędziem zatracenia, wyrzucił go daleko przed siebie. Wiedział, że oręż niedługo powróci do niego w formie łańcucha przyczepionego do spodni, jednak w tej chwili ciążył mu, jakby musiał dźwigać ciężar nieba.
Musiał usiąść, żeby do reszty ochłonąć. Wziął kilka głębokich oddechów i złożył nogi do wewnątrz, przyjmując pozycję lotosu. Wyprostował plecy, żeby umożliwić jak najlepszy przepływ powietrza przez swój organizm. Powoli oczyszczał umysł ze wzburzonych myśli. Porzucał gwałtowne emocje i skupił się na osiągnięciu spokoju. Wziął głęboki wdech, by po chwili wypuścić całe powietrze z ledwo słyszalnym świstem. Jeszcze raz sięgnął mackami jaźni w głąb swojego umysłu. Krążył w nim jak po własnym mieszkaniu, zaglądając w każdy zakamarek i wymiatając zbędne emocje niczym kurz z zabrudzonych mebli. Po kilku minutach medytacji osiągnął spokój i równowagę. Oddychał miarowo, a w jego oczach ponownie ukazała się chłodna obojętność na otaczający go świat. Zostawił w przeszłości tę chwilę słabości i skupił się na tym, co teraźniejsze.
Miał zadanie do wykonania. Nie może dłużej marnować czasu, jeśli nie chce zgubić wyprzedzających go zbrojnych oddziałów przeciwnika. Być może udałoby mu się odnaleźć ślady zostawione przez maszerujące wojsko, jednak wolał nie ryzykować. Nigdy nie był dobrym tropicielem, mimo iż w walce cechował się niebywałą spostrzegawczością. Cóż, nawet jego umiejętności są ograniczone i musiał się z tym pogodzić.
Wstał i rozciągnął się, żeby przywrócić krążenie w lekko już zdrętwiałych kończynach. Rozciągnął mięśnie szyi na lewo i prawo, powodując tym samym serię trzasków. Przejechał dłonią po spodniach, żeby upewnić się, że miecz wrócił na swoje miejsce. I kiedy miał ruszyć w dalszą podróż, usłyszał wołanie. Ktoś wypowiadał jego imię.
- Chris? To naprawdę ty? Poczekaj na mnie, proszę. Chciałbym z tobą porozmawiać. – Głos dobiegał zza pleców syna herosa. Ktoś się do niego zakradł? Czyżby aż tak łatwo dał się podejść?
Kilka sekund później zza drzew wyłonił się chłopak o wyglądzie ciamajdy. Niski i przeraźliwie chudy z nierówno przyciętymi włosami. Ubrany był w za duży T-shirt, jakby po starszym bracie, i sprane jeansy, które lata świetności miały już dawno za sobą. Jego młodzieńczą twarz pokrywał jasny meszek będący zapowiedzią nadchodzącego zarostu.
- Christopher Valley, n-n-nie wierzę, że cię s-s-spotykam. T-t-to dla mnie zaszczyt. – Jąkanie było wynikiem stresu związanego z przeżywanym właśnie doświadczeniem czy wrodzoną wadą? – Nie s-s-spodziewałem się, że k-k-k-kiedykolwiek będę mógł cię poznać.
Syn Aresa spojrzał na chłopaka z dezorientacją wypisaną na twarzy. Spodziewał się, że w każdej chwili mogą go zaatakować potwory, że sam Hades przyjdzie po jego duszę albo Zeus ześle na niego swój piorun. Nigdy jednak nie pomyślałby, że ktoś zacznie z nim rozmawiać, jakby był jakąś gwiazdą filmową. Może jeszcze będzie musiał napisać temu dzieciakowi autograf.
- Wybacz, że tak się zachowuję, ale nasze spotkanie to spełnienie moich marzeń. – Cóż, jąkanie jako wadę wrodzoną można już wykluczyć. Wygląda na to, że dzieciak przyzwyczaił się do obecnej sytuacji. - Poza tym zapomniałem się przedstawić. Nazywam się Blade i jestem synem Hermesa.
Przynajmniej to wyjaśniało jego roztrzepany wygląd. Bo na syna Afrodyty to on na pewno nie wyglądał.
- Zawsze cię podziwiałem. To znaczy od roku, bo dopiero wtedy przybyłem do obozu, ale słyszałem o tobie tyle opowieści, że nie sposób było cię nie uwielbiać.
To paplanie zaczynało działać Chrisowi na nerwy. Jeszcze trochę i znowu da się ponieść emocjom. Jednak tym razem przebije mieczem żywą istotę.
- Dla mnie jesteś żyjącą legendą, postrachem potworów i niezwyciężonym herosem. A teraz dane mi było cię poznać, co za szczęście.
Cierpliwość chłopaka się skończyła. Gwałtownym ruchem chwycił młodego herosa za gardło i przyciągnął go ku sobie. Uniósł go lekko w powietrze, żeby móc patrzeć mu prosto w oczy i groźnym, lekko zachrypniętym głosem wyszeptał:
– Jeszcze jedno słowo pozbawione sensu, a uduszę cię i zostawię twoje ciało robalom na pożarcie. - Jego umazana krwią twarz przybrała jeszcze groźniejszą minę. - Teraz mnie posłuchaj. W jak najkrótszym zdaniach powiesz mi, kim jesteś, jak mnie tu znalazłeś i co zamierzałeś robić, jasne? W innym przypadku nie pożyjesz wystarczająco długo, by móc komukolwiek opowiedzieć o tym spotkaniu.
Najwidoczniej wywarł duże wrażenie na chłopaku, gdyż ten wytrzeszczył oczy, a z otwartych ust wydobywał się cichy i bardzo wysoki pisk. Żeby przywołać go z powrotem do rzeczywistego świata, Chris potrząsnął nim kilka razy, aż w oczach dzieciaka ponownie ukazała iskierka świadcząca o jego powrocie do rzeczywistości. Gdy otrząsnął się na tyle, by móc wydobyć z siebie jakieś zrozumiałe słowa, przystąpił do opowieści, wiedząc, że jakiekolwiek kłamstwo zostanie stosownie ukarane.





Co mogę powiedzieć? Powracam z nowym fragmentem opowiadania po dość długiej przerwie. Pewnie pasowałoby się co nieco wytłumaczyć i właśnie teraz zamierzam to zrobić. Od wcześniejszego ukończenia tego rozdziału powstrzymywały mnie pewnie braki. Brak czasu, ochoty, weny, pomysłu. Rozdział zacząłem pisać praktycznie od razu po wstawieniu poprzedniego. Jednak nie mogłem się zebrać, żeby go ukończyć. Pamiętam, że wtedy były ferie. Niby dużo wolnego czasu, ale nie do końca. Wolny czas oznaczał dla mnie zajmowanie się rzeczami, które tego czasu wymagały. Tzn. spotykanie się ze znajomymi (codziennie po kilka godzin), nauka (tak, w czasie ferii zmarnowałek kilka godzin na naukę), książki, filmy, gry, sprzątanie, rozmowy ze znajomymi przez internet. I jak się okazało, w moim planie dnia nie znalazło się miejsce dla czynności tak pobocznej, jak pisanie opowiadania, które miałbym wstawić na to forum. Tak, moja obecność na tym forum nie jest moim priorytetem, mam wiele ciekawszych zajęć.
Kolejna sprawa. O ile poprzednie rozdziały pisałem z chęcią, zapałem i pomysłem, przy tym rozdziale już tego nie czułem. Nie chciało mi się do tego podchodzić, nie byłem pewny, w jaki sposób pociągnąć pewne wydarzenia, nie wiedziałem, jak zapełnić lukę między ważniejszym wydarzeniem. Na dodatek musiałem dokładnie przemyśleć sobie, w jakim dokładnie kierunku zamierzam ciągnąć do opowiadanie. Do czego chcę w nim dojść, jakie wydarzenia przedstawić. Przez głowę przewijały mi się pomysły, z których nieliczne były dobre, a tylko jeden lub dwa spodobały mi się na tyle, żeby je wstawić. I tutaj lekko zaspojleruję: Blade będzie ważną postacią w tym opowiadaniu, nie będzie to tylko postać epizodyczna. Mam nadzieję, że niedługo sami się o tym przekonacie, o ile będę w stanie dalej pisać.
Myślę, że wystarczyć tych usprawiedliwień. W razie gdybym o czymś zapomniał, dodam to na cboxie lub coś w tym stylu. A jeśli chodzi o kolejny fragment opowiadania, to nic wam nie mogę powiedzieć. Znowu zbliżają się wolne dni, ale nie obiecuję, że będę miał wtedy wystarczająco czasu, żeby coś napisać. Ale będę sie starał. Ci, którzy czytają to opowiadanie, niech cierpliwie wyczekują.

A teraz nie pozostało mi nic innego, jak napisać, że epickość powraca.


PS
Fragment miał się pojawić wczoraj (tak, w środę, nie zapomniałem o swoim systemie), ale w wyniku pewnych okoliczności nie starczyło mi czasu na ostatecznie przyjrzenie się tekstowi i wprowadzenie końcowych poprawek. To tyle. Ave.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Chris
Aresowa skarpeta
Aresowa skarpeta



Dołączył: 01 Kwi 2012
Posty: 14
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Percy

PostWysłany: Śro 17:52, 21 Sie 2013    Temat postu:

Rozdział 3: Nieproszeni goście



Chejron przez lunetę rozglądał po horyzoncie, za którym jakiś czas temu zniknęła armia wrogich herosów sprzymierzona z potworami. Choć miał pod swoją komendą wielu lepszych i bardziej spostrzegawczych obserwatorów, wolał osobiście upewnić się, czy odwrót nie był jedynie taktyczną zagrywką, która miała na celu przygotowanie zasadzki na odprężonych wojowników z Obozu Herosów. Przeczesywał niedawne pole bitwy metr po metrze, dokładnie przyglądał się ledwie widocznym z tej odległości mimo przybliżenia śladom. Po kilkunastu minutach bacznej obserwacji zdecydował się w końcu oderwał wzrok od lunety. Ból oczu stawał się już nie do zniesienia, a i on sam miał już dosyć tej bezcelowej czynności. Jedynak w momencie, gdy odsuwał przyrząd od oczu, przez chwilę mignął mu poruszający się obiekt. Czym prędzej ponownie spojrzał przez lunetę i tak długo próbował odszukać tajemniczy punkt na horyzoncie, aż w końcu trafił. Przybliżenie miniaturowego teleskopu nie pozwoliło mu na dokładne rozpoznanie obiektu, jednak jednego mógł być pewien. Był to człowiek.
Wsunął lunetę do specjalnie przeznaczonego do tego miejsca przy jego pasie i zaczął intensywnie rozcierać kciukiem i palcem wskazującym gałki oczne. Jednocześnie próbował przypomnieć sobie, kogo przypominała mu zaobserwowana sylwetka. Był niemalże całkowicie pewien, że już kiedyś widział tę osobę, znał jej sposób poruszania się, być może nawet z nią rozmawiał.
Męczące rozmyślania przerwało mu nadejście satyra. Spojrzał na niego i rozpoznał Grovera. Westchnął cicho. Nie sądził, by przynosił on pomyślnie wieści.
„A czy można oczekiwać pomyślnych wieści na wojnie?”
- Chejronie, przygotowałem wstępny raport strat, jakie ponieśliśmy w bitwie. Nie jest tak źle, jak można było się spodziewać, ale mimo to nie sądzę, abyś był zadowolony.
- Taka praca. Nie zawsze dostaje się to, czego się oczekuje – ponownie westchnął centaur.
To była prawda. Im wyższe stanowisko w hierarchii ktoś obejmuje, tym ciąży na nim większa odpowiedzialność. Nie każdemu może się to podobać.
- Według doniesień grup zwiadowczych straciliśmy od trzynastu do siedemnastu herosów…
- Jak to? Nie znacie dokładnych danych? – zapytał zaintrygowany Chejron.
- Nie wszystkie ciała odnaleziono. Poza tym niektórzy mogli zostać pojmani w niewolę – odpowiedział nieco zdegustowany Grover. – A teraz proszę, Chejronie, pozwól mi dokończyć raport. Mam jeszcze sporo do zrobienia.
„Nie tylko ty, satyrze, wierz mi. Twoje obowiązki nie stanowią nawet połowy moich, już nie mówiąc, że nie są tak ważne”
- … dwudziestu trzech zostało rannych, jednak jedenastu z nich będzie gotowych do kolejnych walk w ciągu dwudziestu czterech godzin. Reszcie również nie zagraża żadne niebezpieczeństwo. Całe szczęście, że dysponujemy całkiem niezłym zapleczem medycznym i dużymi zasobami ambrozji i nektaru. A propos, masz może coś do picia. Od tego pyłu i gadania zaschło mi w gardle.
Chejron uśmiechnął się ze zrozumieniem i wyciągnął z torby przywieszonej do jego boku bidon wypełniony chłodną wodą. Podał ją satyrowi, a ten łapczywie opróżnił połowę jego zawartości. Przełknął, oblizał wargi, po czym dopił pozostałą część.
- Aaach, od razu lepiej. Wielkie dzięki, Koniowaty. – Uśmiechnął się przy tych słowach, jakby opowiedział dowcip stulecia.
„Nie uśmiechałbyś się tak radośnie, gdybym nie ocalił twojego tyłka w trakcie ostatniej szarży, koźle. Powinieneś mi dziękować, a nie naśmiewać się ze mnie”
- Na czym to ja skończyłem? Ach tak, już mam. W nieudanej zasadzkę, którą sam zaplanowałeś, poległo dwadzieścia siedem satyrów, nimf i innych stworzeń magicznych. – Wypowiadając tę część raportu, głos lekko mu zadrżał, jednak zachował się jak profesjonalista i nieprzerwanie ciągnął dalej. – Oprócz tego odnotowaliśmy straty w uzbrojeniu. Na chwilę obecną tylko połowa naszych dotychczasowych zapasów broni i pancerzy nadaje się do użytku. Ledwo starczy, żeby uzbroić wszystkich naszych wojowników. Na szczęście kowale do Hefajstosa już rozpoczęli naprawy, powiedzieli, że na następną potyczkę nasi herosi będą uzbrojeni lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie mam powodów by im nie wierzyć.
„Nawet gdybyś miał, nie miałoby to żadnego znaczenia”
- Bardziej ucierpiały nasze umocnienia. Mamy zbyt mało mechaników, żeby zająć się wszystkimi naprawami. Bardzo możliwe, że przy następnym ataku nie będziemy w stanie powstrzymać wroga. Na szczęście nie cierpimy na braki w zaopatrzeniu spożywczym, dzięki czemu możemy zaangażować większość naszych herosów w budowę prowizorycznych okopów. To byłaby nasza ostatnia linia obrony.
Chejron stał przez chwilę w milczeniu, próbując strawić usłyszane słowa. Sytuacja wydawała się stabilna, jednak nawet najmniejsza anomalia mogła zaburzyć kruchy porządek panujący w obozie. Westchnął po raz kolejny tego dnia. Czuł się już zmęczony tą niekończącą się wojną. Pierwsze ataki nastąpiły dopiero przed kilkoma tygodniami, jednak dla wielu obozowiczów, w tym Chejrona, wydawało się to wiecznością. Centaur z dnia na dzień wydawał się starszy, choć poniekąd był nieśmiertelny. Mimo wszystko troska o obozowiczów, natłok obowiązków, nieustanny stres sprawiały, że w długich włosach Chejrona zaczęły ukazywać się siwe pasma, stawał się powolniejszy i bardziej niezgrabny. Zdarzało się, że kiedy przychodziło mu wieczorem siąść do biurka, żeby wydać ostatnie rozkazy i zająć się formalnymi sprawami, często wzdychał i pogrążał się w zamyśleniu, a ostatecznie zasypiał, trzymając w ręku nasączone atramentem pióro. Na dodatek musiał znosić coraz bardziej irytujące utyskiwania herosów. Wielu z nich chciało powrócić do rodziców, przerażeni okropnościami wojny. Na początku Chejron godził się na takie ustępstwa. Żal mu było młodocianych, którym zbyt szybko kazano dorosnąć. Jednak gdy ataki się wzmogły, zrezygnował z przepustek. Potrzebował każdego herosa, żeby bronić frontu. Nie mógł sobie pozwolić na dodatkowe straty w ludziach. Satyrowie i tak robili, co mogli, by odnaleźć i bezpiecznie odprowadzić do obozu nowych rekrutów. W tej walce przewaga liczebna mogła przesądzić o życiu wielu istot.
- Chejronie, jest jeszcze jedna rzecz, o której musisz wiedzieć.
- Jak zwykle, Grover. Zawsze jest coś więcej, co muszę wiedzieć. – Widząc zaniepokojoną twarz satyra, dodał: - Wybacz mi, jestem już trochę zmęczony całą tą wojną i niekończącymi się obowiązkami. Nie przejmuj się utyskiwaniami starca i kontynuuj.
Na twarzy kozłonoga pojawił się lekki uśmiech zrozumienia i po chwili ponownie podjął temat.
- Dzisiejszej nocy do obozu wkradli się, hmm, nieproszeni goście. Jakimś sposobem ominęli oni nasze systemy alarmowe i być może nigdy nie dowiedzielibyśmy się o ich wizycie, gdyby nie jedna z nimf, która akurat wtedy spacerowała po obozowym cmentarzu. Jej dosyć dokładny opis pozwolił nam na zidentyfikowanie intruzów.
Tym razem Chejron uważniej wsłuchał się w słowa satyra. Jeśli wróg tak łatwo potrafi przeniknąć do obozu, skąd pewność, że nie zrobił tego wcześniej. Czy mogło to oznaczać, że mieli w swoich szeregach szpiegów? Byłaby to katastrofalna wiadomość. Możliwe, że do tej pory obóz utrzymywał swoje granice tylko dlatego, że trzymał w największej tajemnicy dane o liczebności wojsk, strategii działania i dostępnych zasobach. Jeśli stracą tę właśnie broń, obóz upadnie.
- Jednym z naszych nocnych gości była istota, którą niektórzy z naszych herosów zwykli nazywać właścicielem dyskoteki…
Chejron poczuł się, jakby z serca spadł mu ogromny ciężar.
- …Rozpoznali go po opisie herosi biorący udział w zeszłorocznej misji. Jeśli chodzi o mnie, nie wiem, co o tym myśleć. Z opowieści wynika, że jest to istota niezwykle potężna, jednak nie zaangażowana osobiście w nasz konflikt. Prawdopodobne jest, że do gry już niedługo może wkroczyć trzecia strona.
Chwilowa ulga znikła równie szybko, jak się pojawiła. Obozowe dane na szczęście w dalszym ciągu pozostaną tajemnicą dla wroga, jednak obecność tej dziwnej istoty jest równie mocno niepokojąca. Czy rzeczywiście może dojść do utworzenia trzeciej siły? Jak długo w takim przypadku wytrzymałby obóz? Jak widać, duże kłopoty mają niezwykłą przypadłość pojawiania się w najmniej wskazanym momencie.
- A jeśli chodzi o drugiego intruza, to myślę, że możesz czuć się zszokowany. Mógłbym spodziewać się każdego, tylko nie jego. Naszym drugim nieproszonym gościem jest…
- Chris.
- ...Christopher Valley we własn… Co? Skąd wiedziałeś?
Chejron nie odpowiedział. Odwrócił się jedynie w stronę niedawnego pola bitwy i zamglonym wzrokiem rozejrzał się po horyzoncie. A więc Christopher zdecydował się powrócić do obozu, nawet jeśli jego wizyta była krótka i niezapowiedziana. Jakie przesłanki mogły kierować tym młodym herosem, że zdecydował się przybyć do Obozu? Czyżby i on brał udział w tej wojnie? Ale jeśli nie stanął po stronie Obozu, to znaczy…
- Mówiłeś, że gdzie ich zauważono?
- Na cmentarzu, Chejronie – odpowiedział posłusznie satyr, a potem dodał troskliwie: - Wszystko z tobą w porządku? Wyglądasz na zmęczonego.
„Bo jestem zmęczony, głupi koźle. Jakbyś nie zauważył, staram się ochronić Obóz w kolejnej, wyniszczającej wojnie.”
Nie wyraził jednak na głos swoich myśli, gdyż w jego głowie elementy układanki wskoczyły na odpowiednie miejsca. Obaj intruzi nie mieli żadnego interesu do Obozu jako jednej stronie w trwającej wojnie. Chris przybył na cmentarz, żeby spotkać się ze swoją zmarłą przed rokiem dziewczyną. Nie kierowały nim żadne, agresywne zamiary. Po prostu się stęsknił. A więc jednak był w stanie okazywać uczucia wbrew temu, co słyszał z ostatnich pogłosek o nim. Świadkowie jego czynów nazywali go mordercą, krwiożerczą maszyną, rzeźnikiem. Przyległ do niego nawet pewien przydomek – Postrach Potworów – choć już nikt nie wie, kto jako pierwszy go użył.
- Chejronie, myślę, że powinniśmy wysłać za nim pościg. Taki ktoś jak on nie powinien swobodnie poruszać się po kraju, stwarza niebezpieczeństwo. Gdybyśmy zdołali go złapać, moglibyśmy odizolować go i może wyleczyć.
- Nie – odparł lakonicznie centaur.
- Nie? Nie rozumiesz, Chejronie. On mógłby pomóc nam w tej wojnie. Gdyby do nas dołączył, jego doświadczenie i umiejętności mogłyby przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę. Możliwe, że wszyscy nasi herosi nie zabili łącznie tylu potworów, ilu on sam w ciągu jednego roku. A przecież dobrze wiesz, z czym mamy do czynienia w tej walce.
- Powiedziałem „nie”! Ten chłopak sam musi odnaleźć odpowiednią ścieżkę. My tylko byśmy mu to utrudnili. Poza tym nie chcę ryzykować życia naszych ludzi. Chris jest niebezpieczny i jeśli z własnej woli nie zechce wrócić do Obozu, nie przywlecze go tu żadna siła.
Grover miał już odpowiedzieć, jednak zamilknął, gdy nauczyciel zmierzył go ostrym spojrzeniem. Zamiast tego wyraził swoje niezadowolenie z podjętej decyzji gniewnymi pomrukami, które jednak wygłosił na tyle głośno, żeby dotarły one do uszu Chejrona.
- Znowu się zapominasz, satyrze! –ryknął ten. – Masz się za ważniejszego niż jesteś w rzeczywistości. Pamiętaj, że to ja jestem opiekunem Obozu. Ja jestem jego protektorem! Beze mnie wszystko by się tutaj posypało, więc z łaski swojej przestań kwestionować moje rozkazy wtedy, kiedy są one najlepsze dla tego Obozu. Zrozumiano?
Grover wytrzeszczył z niedowierzania oczy, widząc ten nagły atak złości ze strony starego centaura. Jeszcze nigdy nie widział nauczyciela tak bardzo rozgniewanego. Nie spodziewał się tak gwałtownego wybuchu u osoby, którą do teraz uważał za najbardziej wyrozumiałe stworzenie na całej planecie.
Chejron zaś dojrzał w oczach satyra rozpacz i odrzucenie. Zrozumiał, że uraził uczucia tego biednego kozłonoga, w którego mniemaniu centaur stanowił substytut ojca. Jego nagła i agresywna reakcja zaburzyła też nietrwały spokój, który panował w sercu satyra. Roztrzęsiony trudami i ofiarami wojny stał na cienkiej linii oddzielającej spokój od szaleństwa. Całkiem możliwe, że w tym momencie przekroczył tę granicę.
- Wybacz mi jeszcze raz, Grover. Tak jak wszyscy jestem już zmęczony tą wojną. Nie wysypiam się, dręczą mnie koszmary, martwię się o naszych ludzi. To wszystko nakłada się na siebie i nie pozwala mi normalnie funkcjonować. Stąd ten wybuch, oskarżyłem cię, że się zapominasz, a sam nie pamiętam o roli, jaką sam sprawuję. Wybacz mi.
Grover nie powiedział nic, jednak skinął zdecydowanie głową, a jego twarz rozświetlił niewielki i nieco skromny uśmiech. Poczuł się nieco uspokojony wytłumaczeniem Chejrona. Nie miał już nic więcej do przekazania, więc pożegnał się z centaurem i zostawił z jego obowiązkami. Nauczyciel pozdrowił go uśmiechem, jednak gdy satyr odchodził, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że w tym geście i ostatnich słowach Chejrona dało się wyczuć fałsz.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Chris dnia Śro 17:52, 21 Sie 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Chris
Aresowa skarpeta
Aresowa skarpeta



Dołączył: 01 Kwi 2012
Posty: 14
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Percy

PostWysłany: Śro 21:46, 08 Sty 2014    Temat postu:

Rozdział 4: Przyjacielskie pogawędki



Historia Blade’a okazała się jedną z tych mało interesujących. Jak to zwykle bywa, zaczęło się od spokojnego życia z matką i jej kolejnymi partnerami, aż tu nagle okazało się, że prawdziwym ojcem chłopaka jest grecki bóg. Hermes dość szybko uznał kolejnego ze swoich licznych potomków, najpewniej chciał załatwić to hurtem i przy okazji jeszcze kilku innych dzieciaków poznało swojego ojca. Blade był tylko dwa lata młodszy od Chrisa, choć wyglądał, jakby w dalszym ciągu tkwił w podstawówce. Do Obozu Herosów trafił przed rokiem, kiedy to jeden z satyrów przeprowadził go przez bezpieczne granice wytyczone mocą Złotego Runa. Jego przybycie niemalże zbiegło się w czasie z odejściem Chrisa. Gdyby Syn Aresa zdecydował się zostać tydzień dłużej, mógłby jeszcze poznać swojego młodszego kuzyna. Reszta informacji wydawała się nieistotna, chłopak przeszedł rutynowe szkolenie, pomagał w odbudowie Obozu po zeszłorocznej wojnie z zastępami Rezusa i rozwijał swoje nijakie zdolności przekazane mu razem z krwią boskiego rodzica. Jednak tym, co najbardziej zaintrygowało Chrisa, była nieporadność chłopca. Tylko ten jeden syn Hermesa mógł udać się na cichy wypad, a później zgubić drogę powrotną do przyczółku herosów. Rzecz kuriozalna, można by rzec. Jednakże i ten promyk ciekawości szybko zgasł, gdy syn Aresa zobaczył, jak jego nowy towarzysz nieustannie się potyka, plącze się w swoim opowiadaniu, czy też przekazuje Chrisowi mylne wskazówki co do wyboru odpowiedniej ścieżki. W żadnym stopniu nie przypominał pozostałych dzieci Hermesa, które zazwyczaj były niezwykle biegłe w odnajdywaniu drogi, a już na pewno nie były aż tak fajtłapowate.
Oprócz tego niezdarność Blade’a kazała Chrisowi na chwilę zastanowienia, czy ten przypadkiem nie udaje ciamajdy po to, by wciągnąć go w jakąś pułapkę. Równie dobrze niepozorny chłopak mógł być sprytnym szpiegiem, mającym za zadanie doprowadzić syna Aresa do Obozu bądź też innego miejsca, które z pewnością by mu się nie spodobało. Nastolatek jednak szybko odrzucił tę możliwość. Dobry agent na pewno nie posunąłby się do tak skrajnych zachowań, a sposób bycia młodszego z herosów był tak nieporadny, że musiał być on autentyczny.
- To naprawdę niesamowite móc poznać Postrach Potworów we własnej osobie. I podróżować z tobą! Żaden z moim braci by mi nie uwierzył – powiedział z entuzjazmem Blade chwilę po tym, jak zakończył swoją opowieść.
W tym momencie na twarzy Chrisa odmalował się nieznaczny uśmieszek. Schlebiło mu to, że wśród pozostałych herosów jest obrazem żywej legendy. Podobał mu się fakt, że go podziwiano i wspominano. Ucieszył się na myśl, że jego dawni towarzysze z Obozu teraz się go bali. Gdyby wiedział, że opuszczenie przyczółku herosów pozwoli mu na zbudowanie wokół siebie pewnego rodzaju kultu, zrobiłby to już dawno temu. Zrobiłby to wtedy, gdy jeszcze mu zależało na okazywanym mu szacunku. Jednak w myśli chłopaka zakradła się pewna nieprzyjemna nuta dotycząca tego, co przed chwilą usłyszał. Coś, co bardzo mu się nie spodobało.
- Jak mnie nazwałeś? Postrach Potworów? Kto mógł być aż takim kretynem, żeby wymyślić mi tak idiotyczny pseudonim? – wykrzyknął, wkładając w te słowa niespożytą furię.
- N-n-n-nie m-m-mam p-p-pojęcia – z trudem wyjąkał chłopiec. – J-j-ja t-t-tylko…
Nie mogąc dłużej wytrzymać tej nieudolnej próby wyjaśnienia, Chris wymierzył młodszemu koledze siarczysty policzek. Blade po tym szokującym akcie najwidoczniej się uspokoił, ale dla własnej satysfakcji syn Aresa uderzył jeszcze raz, tym samym raz na zawsze wyrzucił z siebie resztki niedawno wzbudzonego w sobie gniewu.
- Ja tylko od kogoś to usłyszałem. Po Obozie krążą różne plotki, a w ciągu ostatniego roku byłeś jednym z najciekawszym tematów do rozmów. – Jak się okazało terapia policzkowa Chrisa podziałała z zaskakująco dobrym rezultatem. - Poza tym różnie cię nazywano: Rzeźnik z Obozu, Krwawy Heros, Mroczny Wysłannik, Oprawca, Posłaniec Aresa. Ale z tych wszystkich przydomków najlepiej przyjął się Postrach Potworów. Co w tym dziwnego? W końcu jesteś nim, prawda? Przecież zabijasz potwory.
W Chrisa uderzyła szczerość tej wypowiedzi. Ostatnie słowa Blade’a w najprostszy sposób określiły istotę osobowości syna Aresa. Tym właśnie był, postrachem potworów. Swoim mieczem i siłą sprawiał, że nawet największe demony Tartaru drżały z przerażenia. To właśnie robił, zabijał potwory.
Tak wiele się zmieniło, odkąd prowadził beztroskie życie w obozie. Wtedy ludzie chwalili go za talent do strategii i smykałkę do miecza. Widzieli w nim herosa, który w razie zagrożenia stanie u twojego boku, by cię wesprzeć i uratować ci życie. Teraz w oczach dawnych przyjaciół był mordercą. Uważali go za nieokrzesane narzędzie do eksterminacji istot z Podziemii, skąd wychodziło wszelkie znane półbogom zło. Nikt nie stanąłby z nim ramię w ramię w czasie walki, gdyż bałby się o własne zdrowie. Ci, którzy ochrzcili go Postrachem Potworów, mieli rację, a on dołoży wszelkich starań, by ten przydomek był zawsze aktualny. Na tym się znał, to potrafił robić świetnie, będzie zabijał potwory, więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Sprawi, że to podziemne stwory będą bały się wyściubić nosy zza bezpiecznych bram Hadesu.
- Co zamierzasz teraz robić? – Blade przerwał jego chwalebne rozmyślania banalnym pytaniem, które jednak kazało Chrisowi na chwilę się zastanowić.
Co chłopak miał dokładnie na myśli? Pytał, o to, co będzie robił w ciągu najbliższym kilku godzin, czy może raczej chciał się dowiedzieć, jakie są plany chłopaka na najbliższe tygodnie. Rzecz w tym, że na oba te pytania ciężko było udzielić precyzyjnej odpowiedzi.
- Najpierw wyśledzę moje przyszłe ofiary. To mój priorytet. Co będzie później, to się okaże – odpowiedział dosyć ogólnikowo, ale chwilowo nie posiadał ściśle sprecyzowanego celu.
- Jesteś pewien, że to dobry pomysł? Wtedy, gdy się zgubiłem, zostałem wysłany po zapasy. Wcześniej jednak widziałem kilka walk i myślę, że nawet Postrach Potworów nie pozabija wszystkich naszych wrogów…
- Twoich wrogów.
-… niech będzie, że moich. No i jak mówiłem, jest ich dość dużo, a ty jesteś sam. To znaczy masz mnie, ale ja, no wiesz, nie walczę najlepiej.
– Co ty nie powiesz? A już myślałem, że mam przed sobą herosa na miarę Herkulesa.
- Bardzo bym chciał, ale jestem tylko zwykłym synem Hermesa i nie nadaję się do walki, choć na treningach starałem się ze wszystkich sił, by w dalekiej przyszłości móc dorównać Postrachowi Potworów. A gdyby spojrzeć szerzej na ten temat, to tak właściwie nie ma zbyt wielu rzeczy, do których bym się nadawał, po prostu bycie herosem niekoniecznie trafia w moje upodobania, ale mniejsza z tym. Przede wszystkim zależy mi na tym, żeby zarówno mi, jak i tobie nie stała się krzywda. No więc jak wspominałem, nie jestem pewny, czy to dobry pomysł, żeby się tam pchać. Bo co, jeśli…
Wtedy Chris nie wytrzymał i w mgnieniu oka dopadł rozgadanego chłopaka. Niesamowicie silnym kopnięciem posłał go na ziemię, by tam znów do niego doskoczyć i chwycić jedną ręką za koszulkę, a drugą zamierzyć się do ciosu.
- Przestań…
Uderzenie w policzek nie zrobiło chłopakowi zbyt wielkiej krzywdy, ale siniak będzie wyglądał paskudnie.
-…tyle…
Złamany nos był efektem drugiego ciosu. Młody zaczął łykać krew i się krztusić, ale Chris nie poluzował uścisku.
-…mówić!
Kolejny raz spadł na głowę biedaka. Oko też będzie miał podpuchnięte.
- Zrozumiałeś?!
Na szczęście dla chłopaka syn Aresa powstrzymał się od kolejnych uderzeń. Jeszcze przez chwilę morderczym wzrokiem przeszywał Blade’a, wlewając w jego serce uczucie strachu i respektu, po czym puścił jego koszulkę i odwrócił się od niego. Złapał kilka głębokich oddechów, chcąc wyrównać rytm serca. Przeciągnął dłonią po twarzy i jeszcze raz zerknął na niemogącego się podnieść chłopca. Spojrzał na niego z odrobiną czegoś, co można byłoby nazwać politowaniem, po czym zamachnął się i kopnął go, celując w okolice nerek. Po tym ciosie syn Hermesa krzyknął przenikliwie, by po chwili zwinąć się w kłębek i zacząć po cichu łkać.
- Spójrz, do czego doprowadziłeś? – krzyknął do niego Chris, jednocześnie rozcierając obolałe palce. - Wydaje mi się, że dałem ci jasno do zrozumienia, co myślę o twoim gadaniu, ale ty mnie nie posłuchałeś. – Rany na knykciach koniecznie potrzebowały przemycia i opatrunku, inaczej może wdać się zakażenie. - To już się nie powtórzy. Nigdy więcej. Zrozumiano?! Ani ty nie zaczniesz szczebiotać jak mała dziewczynka, ani ja nie stracę panowania nad sobą, w porządku? – Ból w dłoni był nieco zbyt dokuczliwy. Chris uderzał mocno, ale miał nadzieję, że nie złamał żadnej kości. - A teraz wstawaj! Nie mam całego dnia, żeby się nad tobą rozczulać, a jeśli nie chcesz iść, to pamiętaj, że przy naszym następnym spotkaniu, zapomnę, co to znaczy litość.
Wtedy powoli i ostrożnie Blade zaczął się podnosić. W dalszym ciągu cichutko chlipał i trzymał się za bok, jednak w jego oczach błyskała iskierka determinacji – nie odpuści przygody swojego życia wraz ze sławetnym Postrachem Potworów tylko z powodu bólu i odrobiny krwi.
- Chyba złamałeś mi żebro albo kilka żeber, tak z pięć, jak sądzę. Nie myślisz, że trzeba założyć na to opatrunek.
Chris po raz kolejny tego dnia zmierzył chłopaka morderczym spojrzeniem, w które wlał całą swoją furię i siłę.
- Twoje żebra są w porządku, będziesz miał dużego siniaka, ale kości są całe. Zapominasz, że masz do czynienia ze mną, a ja wiem, jak uderzyć, żeby nie utrudnić ofierze poruszania się.
Blade tylko pokiwał głową i starał się nie zastanawiać, dlaczego Chris musiał zmuszać swoje ofiary do przemieszczania się, zamiast zabić je na miejscu.






Pewnie mało kto spodziewał się, że to opowiadanie będzie jeszcze kontynuowane, ale tak to w życiu bywa, że niespodzianki spotykają nas na każdym kroku. Minęło sporo czasu od wstawienia ostatniego fragmentu i pewnie ci, którzy czytali go z zapartym tchem, pozapominali, co się tam w ogóle działo. Osobiście przyznam, że też musiałem sobie co nieco przypomnieć i przeczytać od nowa dotychczas opublikowane fragmenty. Jednak z pewnością nie zapomniałem o tym opowiadaniu jako całości. Często w ciągu ostatnich miesięcy ciszy rozmyślałem nad tym tekstem i udało mi się zgromadzić całkiem pokaźny zbiór fajnych pomysłów zarówno na fabułę, jak i postacie.

Sam sobie zadaję pytanie, co dalej z tym opowiadaniem. Praktycznie stanowi on dla mnie rzecz podrzędną. Mam wiele ciekawszych i bardziej pożytecznych rzeczy w zrobienia w życiu niż pisanie fan-ficka, ale teoretycznie sprawia mi to frajdę i możliwe, że kilka fragmentów jeszcze się pojawi. Tym bardziej, że w trakcie ferii świątecznych spędziłem trochę czasu na forum i odświeżył się mój zapał to zagłębiania się w uniwersum mitologii greckiej i Chrisa Valleya.

Najbardziej jest mi smutno, że moje opowiadanie spotyka się z tak małym odzewem. Dawno temu stwierdziłem, że piszę dla innych, żeby mogli mieć nieco zabawy z czytaniem, natomiast nie odnajduję żadnej przyjemności w tym, że sam coś napiszę i sam to przeczytam. Więc to, czy będę pisał dalsze części zależy też od czytelników, komentarzy, krytyki, poprawek itp. Nie będę oczywiście nikogo błagał, żeby otworzył stronę z moim opowiadaniem, przeczytał je i wstawił nic niewarty komentarz. Mam jednak nadzieję, że ktoś jednak się tym zainteresuje.

Tyle z mojej strony.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Raphael
Kryzys Tantala
Kryzys Tantala



Dołączył: 05 Wrz 2012
Posty: 567
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 7 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Percy

PostWysłany: Czw 9:40, 09 Sty 2014    Temat postu:

Cóż mogę powiedzieć... stylistycznie i gramatycznie to tu jest naprawdę genialne (albo ja jestem taki tępy, że nie potrafię zauważyć błędu).
Nie będę nic tutaj mówił o tym jakie to cudo czy coś.. bo wiem, że tego nie lubisz.
Powiem tyle, że mi się bardzo podoba... Najlepsze w tym opowiadaniu są oczywiście postacie. Numerem jeden jest oczywiście Chris. Myślę, że żaden z użytkowników tego forum nie potrafiłby tak dobrze oddać charakter syna Aresa. Nie wiem czy przelałeś do niego niektóre z swoich cech.. ale mogę stwierdzić, że ty Chris jako osoba jesteś całkowicie przesiąknięty charakterem swojej postaci... tak więc można powiedzieć, że pisząc o Chrisie sam się nim stałeś... jeśli chodzi o charakter i osobowość (no chyba, że przelałeś swój charakter w postać).

Jeśli chodzi o postać Blade'a to całkiem ładnie zachowałeś granicę między typową ofiarą dzieci Aresa, a postacią z charakterem. Niby się jąka w czasie, gdy Chris go bije i przesłuchuje, ale jednak umie coś powiedzieć, że nawet główny bohater jest nieco zaskoczony. Jego historia jak i opowieść również są ciekawe i dobrze napisane.

Ogólnie to całe opowiadanie ma bardzo fajny klimat. I to jest jego największym plusem.

Czekam na więcej!


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Chris
Aresowa skarpeta
Aresowa skarpeta



Dołączył: 01 Kwi 2012
Posty: 14
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Percy

PostWysłany: Śro 21:39, 15 Sty 2014    Temat postu:

Wspomnienie: Sztuka wojny



Pół miesiąca wędrówki wypełnionej zabijaniem mitologicznych potworów, budowaniem prowizorycznych kryjówek i opatrywaniem ran pozwoliło Chrisowi przejrzeć na oczy i zrozumieć, jakim był idiotą. Konieczność ciągłego przemieszczania się, rozglądania się co chwila na wszystkie strony i spania w mało komfortowych warunkach była tym, czego najbardziej potrzebował syn Aresa. Wreszcie jego ciało, skropione krwią unicestwionych potworów, mogło się rozluźnić. W końcu jego umysł, nasycony żądzą mordu, pozwolił mu na uporządkowanie swoich myśli. Nawet jego serce przestało wysyłać mu obrazy Diany lub może nie mogły się one przedrzeć przez wypełnione potworami koszmary. Wystarczyło czternaście dni, żeby Christopher Valley na nowo odżył i mógł poprawnie funkcjonować. Czternaście dni pełne śmierci.
Potwory zaatakowały go już pierwszej nocy po opuszczeniu obozu. Pojawiły się w niewielkiej liczbie i nawet głęboka ciemność nie pomogła im uchronić się przed masową eksterminacją. Ginęły jeden za drugim. Ćwiartowane, przebijane, miażdżone, duszone. Śmierć dotykała każdego, kto zanadto zbliżył się do Chrisa. Z każdym kolejnym dniem gromadziło się ich więcej. I choć czasami sama ich ilość przytłaczała samotnego wojownika, ten był nieuchwytny. Unikał szponów, macek, mieczy, młotów, wszystkiego, co mogło go zabić. Gdy pojawiła się taka potrzeba, uciekał z pola bitwy, by w pośpiechu przygotować plan kontrataku i wrócić tam, gdzie groziło mu największe niebezpieczeństwo. I choć ataki najczęściej zaczynały się nocą, musiał również stoczyć kilka wojen w blasku dnia. Nie miało to jednak żadnego znaczenia.
Lecz po dwóch tygodniach pojawił się problem, którego nie dało się rozwiązać za pomocą miecza i pięści. Chrisowi zaczęły kończyć się zapasy. Oprócz jedzenia zaczynało brakować bandaży, czystych i niepodziurawionych ubrań, baterii do latarki i innych przedmiotów niezbędnych do przeżycia w, można by rzec, dzikich warunkach. Heros posiadał przy sobie trochę pieniędzy zarówno greckich drachm, jak i amerykańskich dolarów, lecz to mogło jedynie odwlec problem. A on musiał został rozwiązany. Chris postanowił jednak nie przejmować się kurczącymi się zapasami, zamiast tego rozmyślał nad planem zbliżającego się ataku potworów. Tej nocy zamierzał pokazać im prawdziwą siłę drzemiącą w jego półboskiej krwi. Gdy tylko zajdzie słońce, pragnął dać dowód wyższości herosa nad jakąkolwiek istotą z Podziemii. Chciał przekazać wiadomość sługom Tartaru, że na scenie pojawił się ktoś, kogo one muszą się bać, a nie odwrotnie. W blasku księżyca pokaże najbardziej przerażającym koszmarom każdego półboga , co to znaczy mieć za jednego z rodziców mieszkańca Olimpu.

Ciemność zaczęła przejmować władzę nad światem. Ostatnie promienie zachodzącego słońca powoli gasły. W oddali widać było łunę oddalonego o kilkanaście kilometrów Nowego Jorku. Chris za swoją bazę przyjął małe miasteczko o nieznanej mu nazwie. Po zmroku ulice szybko zrobiły się puste, a gęsta mgła, która pojawiła się znikąd, dodatkowo utrudniała widoczność śmiertelnikom, którzy już niedługo, choć nieświadomie, staną się świadkami niespotykanych rzeczy. Syn Aresa miał tylko nadzieję, że Mgła, ta magiczna, zakryje przed oczami śmiertelnych to, czego nie powinni zobaczyć.
Chris przyczaił się na dachu jednego z budynków, skąd miał dobry widok na to, co dzieje się pod nim. Poza tym, lekko się obracając, miał w zasięgu wzroku całą przestrzeń dookoła niego. Mając, tak dobry punkt obserwacyjny, czekał. Poruszał się tylko wtedy, kiedy musiał zobaczyć, co dzieje się za jego plecami. Palce prawej dłoni zaczynały co raz mocniej zaciskać się na rękojeści przygotowanego miecza. Znajomy dotyk skóry dodawał chłopakowi pewności siebie i siły do tego, co niedługo przyjdzie mu uczynić, bowiem tej nocy zamierzał stać się gorszy niż ci, z którym walczył.
Pierwszy potwór, jakiego zobaczył, najwyraźniej wyczuł obecność herosa w pobliżu. Węszył intensywnie, próbując odnaleźć źródło zapachu. Za nim zaczynały gromadzić się kolejne stwory, były wśród nich piekielne psy, harpie, kilka młodych i niezbyt groźnie wyglądających potworów i chmara innych, które dały się zwabić Chrisowi w to miejsce, które już niedługo stanie się ich grobowcem. Wystarczyło tylko kilka prostych czynności, by móc z taką łatwością zgromadzić potwory w takiej liczbie w jednym miejscu. Najbardziej syn Aresa wytyczył krwawy szlak swoich poprzednich walk, które kierowały się w linii prostej na południe. Oprócz tego Chris wykonał kilka połączeń telefonicznych do losowych numerów, a mieszkańcy Tartaru sami wyczuli, że szykuje się dla nich obiad.
Heros cierpliwie wyczekiwał momentu uderzenia. Chciał zebrać jak najwięcej potworów w jednym miejscu, żeby w pełni wykorzystać moment uderzenia. Jeśli zaatakowałby za wcześnie, kreatury będące zbyt daleko, miałyby więcej czasu, żeby zorientować się w sytuacji. Zbyt późna reakcja może spowodować, że potwory po prostu przemieszczą się w inne miejsce. W końcu jednak nadeszła ta chwila, w której Chris będzie mógł ukoić swą żądzę niesienia cierpienia tym, którzy na to zasłużyli. Nareszcie ugasi pragnienie krwi i zmiecie z powierzchni ziemi tak wiele wysłanników Tartaru, jak tylko zdoła, nim całkowicie opadnie z sił.
Skoczył z dachu w sam środek kłębowiska potworów, wbijając ostrze w czaszkę Lajstrygona. Gdy wyswobodził miecz, ochlapały go resztki mózgu uśmierconej kreatury. Zaraz po tym płynnym ruchem odciął głowę cyklopowi zamierzającego się na niego swoją maczugą. Fontanna krwi spryskała twarz i ubranie Chrisa, nadając mu przerażający wygląd. Kiedy tylko potwory zaczęły mocniej naciskać, syn Aresa dezaktywował miecz, a jego miejscu pojawiła się prosta włócznia, którą zaczął wymachiwać, chcąc zwolnić trochę przestrzeni. Każdą istotę z Tartaru, która znalazła w sobie tyle odwagi, by zbliżyć się do herosa, czekał marny koniec. Niestety, włócznia stworzona tylko z jednego łańcucha rozpadła się po kilku mocniejszych uderzeniach. Chris po raz kolejny przeklął dzień, kiedy musiał w ofierze oddać swoją broń. Tęsknił za możliwością walki dwoma mieczami tak mocno, jak zwykli ludzie tęsknią za swoimi rodzinami. Oprócz tego pozostałe bronie, które udało mu się skalibrować, szybko rozpadały się pozbawione odpowiedniego wzmocnienia. Na domiar złego właśnie w tej chwili jeden z potworów wytrącił mu z dłoni łańcuch, który już zaczynał ponownie przekształcać się w miecz. Chłopak miał pewność, że broń ukryta w kawałku metalu niedługo do niego powróci, jednak chwilowo musiał obejść się bez niej. Widząc chmarę nadciągających potworów, uśmiechnął się tylko. Tym razem mógł się wykazać, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach, nie posiadając żadnej broni.
Dwoma skokami dopadł cyklopa, wbijając mu pięść w brzuch. Uderzeniu nadał siłę całego swojego gniewu, bogom niech będą dzięki za to, że w trakcie ostatniej misji odkrył w sobie pokłady olbrzymiej energii, którą teraz mógł w pełni wykorzystać. Jego dłoń przez chwilę pozostała w trzewiach jednookiego, by po chwili Chris mógł ją wyciągnąć razem z kawałkiem kręgosłupa pechowca. Widząc ten akt brutalności potwory cofnęły się na moment, by po chwili zaatakować z jeszcze większą werwą. Syn Aresa śmiał się już na głos, gdy kolejnymi uderzeniami swoich pięści łamał szczęki, druzgotał narządy, rozbijał czaszki. A gdy przy jego spodniach zmaterializował się z powrotem łańcuch, sięgnął po miecz i rozpoczął krwawe żniwa. Kosił zbyt wielu wrogów, by zdołał ich zliczyć. Ciemna posoka zmieszana z pyłem pozostałym po martwych potworach zaczęła tworzyć błotnistą warstwę. Śliska powierzchnia oznaczała, że nawet najmniejszy błąd może kosztować utratę równowagi i śmierć. Jednak Chris walczył jak opętany. Chwycił jedną ręką za gardło istotę będącą połączeniem wilka i człowieka i uniósł ją kilka centymetrów nad ziemię. Chwilę później istota padła na ziemię pod naporem kilku dźgnięć ostrza i zaczęła się powoli rozsypywać. Kolejna ofiara zginęła pozbawiona wszystkich kończyn z dodatkowo zmiażdżoną przez rękojeść miecza twarzą.
Chris szalał w amoku. Nie potrafił przestać zabijać nawet wtedy, gdy potwory zaczęły powoli uciekać. Dogonił jeszcze kilka najwolniejszych i rozpłatał ich ciała, pozwalając wnętrznościom wylać się na zewnątrz. Chciał biec dalej, jednak pośliznął się na gęstej krwi i padł na twarz. Wtedy dopiero się opamiętał i doszedł do wniosku, że po ciemku nie da rady dogonić reszty stada. Poza tym nagle zaczął odczuwać ogromne zmęczenie. Z niemałym trudem udało mu się podnieść i spojrzeć na efekty swoich czynów. Wokół rozpościerały się ślady niedawnej rzezi. Martwe ciała potworów już dawno rozsypały się w pył, jednak pozostała krew, widoczne były zadrapania na ulicy, kurz osiadał w gardle, a smród Podziemia doprowadzał do mdłości. Jednak Chris przyjął ten widok z uśmiechem na ustach. Osiągnął, co chciał. Pokazał potworom, kogo teraz należy się bać. Z radości wybuchł śmiechem. Niekontrolowany rechot rozlegał się echem po pustej uliczce. Był to śmiech wariata, który upajał się widokiem krwi i śmierci.
Jednocześnie zaczynała działać Mgła. Głębokie bruzdy w asfalcie po ostrych jak brzytwa szponach przekształciły się w najzwyklejsze dziury. Krew zmieniła się w ślady po hamowaniu, a nieprzyjemny zapach szybko się ulatniał. Nazajutrz zwykli ludzie jak co dzień wyjdą do pracy i pomyślą, że drogą przejeżdżali jacyś szaleńcy, którzy nie stosowali się do ograniczeń prędkości. Chris natomiast powracał do rzeczywistości. Jego umysł powoli zaczynał pracować na wolniejszych obrotach, adrenalina przestała buzować w żyłach, a mięśnie się rozluźniły. Dopiero teraz na spokojnie mógł przyjrzeć się konsekwencjom własnych decyzji. Gdy ostatecznie dotarło do niego to, czego dokonał, z szoku aż upadł na kolana. Spojrzał na swoje dłonie, całe we krwi, poobijane, w jednym miejscu przez skórę prawie przebiła się kość. Potrzebował ambrozji i nektaru, a jeszcze bardziej fachowej pomocy medycznej. Rzucił jeszcze okiem na swoje ubranie. Całe było przesiąknięte krwią. Na twarzy czuł zasychający brud. W tej chwili musiał wyglądać jak koszmary, z którymi starał się walczyć. Po chwili jednak zdał sobie sprawę, że jego misja zakończyła się powodzeniem. Przekazał wiadomość. Stał się siłą, z którą należy się liczyć. Pewnie podniósł się na nogi, wyprostował się i zacisnął pięści, nie przejmując się bólem, który każdego innego zmusiłby do uległości. I zaczął iść. Oto właśnie wkraczał w świat, jakiego nie widział jeszcze żaden współczesny półbóg. Świat, w którym to potwory kryły się przed herosem.






Po tygodniu powracam z kolejnym fragmentem. Myślę, że zgodzicie się ze mną w kwestii, że ta wstawka nieco odstaje poziomem od poprzednich rozdziałów (szczególnie dwóch ostatnich, które bardzo mi się podobają), ale cóż. Po prostu tak wyszło, nie zawsze wszystko musi wychodzić idealnie. Mimo wszystko mam nadzieję, że odrobina krwawej jatki wam się spodobała i nie przestaniecie czytać tego opowiadania, bo akcja w nim dopiero zaczyna się rozkręcać i już niedługo mam nadzieję porządnie ruszyć z fabułą, może nie w następnym fragmencie, ale już niedługo.

To chyba wszystko, co chciałem dodać. Tym razem nie wstawiam fragmentu po pół roku przerwy, więc nie muszę się tłumaczyć.



PS. Mam nadzieję, że zwróciliście uwagę na moją teorię co do ilości dziur na polskich drogach.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Chris
Aresowa skarpeta
Aresowa skarpeta



Dołączył: 01 Kwi 2012
Posty: 14
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Percy

PostWysłany: Wto 15:14, 21 Sty 2014    Temat postu:

Rozdział 5: Biegnij, Chris! Biegnij!




Trop w końcu musiał się urwać. Chris miał i tak wyjątkowe szczęście, że udało mu się zawędrować tak daleko mimo swoich ograniczonych umiejętności odnajdywania drogi. Minęły trzy dni od powrotu do obozu i spotkania z właścicielem dyskoteki i w tym czasie heros razem ze swoim nowym towarzyszem przemierzyli kilkadziesiąt kilometrów, podążając za śladami armii będącej wrogiem Obozu Herosów. Niestety, na ich niekorzyść działała Mgła, która skutecznie zacierała wszelkie anomalie, tym samym chroniąc świat półbogów przed odkryciem przez zwykłych śmiertelników. Aż w końcu musiał nadejść ten moment, kiedy nie wiadomo było, w którą stroną należy ruszyć. Może ktoś o lepszych umiejętnościach tropicielskich potrafiłby odnaleźć ledwie dostrzegalne wskazówki na drodze, ale takiej osoby nie było w pobliżu. A Blade, choć zrodzony z krwi Hermesa, nie przydał się do niczego. W badaniu śladów radził sobie jeszcze gorzej niż jego starszy kolega.
Stali teraz we dwóch nieopodal gęstego lasu. Chrisa kusiło, żeby zagłębić się w jego odmęty, jednak zbyt łatwo mogli się tam zgubić. Ślad armii kończył się i musieliby błądzić po omacku w zaroślach bez wytyczonych ścieżek. To oznaczałoby definitywną klęskę jego zadania. Żeby odzyskać Dianę, musiał zapobiec wojnie, o której dowiedział się ledwie kilka dni temu. Czyżby zawiódł, zanim na dobre rozpoczął działania? Nawet nie dowiedział się, z jaką obcą siłą przyjdzie mu walczyć. To nie mogło się tak skończyć. Jeśli chciał odzyskać swoją dziewczynę, będzie musiał się skupić. Znajdzie sposób, żeby dowiedzieć się, w którą stronę ruszyć, odnajdzie tych, co stoją za całym tym szaleństwem i zakończy to. Tylko najpierw musiał pomyśleć. Usiadł po turecku na ziemi, zamknął oczy i pozwolił, by w jego umyśle zapanował spokój. Wtedy dopiero mógł na trzeźwo przeanalizować znane fakty, wziąć pod uwagę wszystkie zmienne i zastanowić się nad swoim następnym krokiem.
- Chris, co ty robisz?
Głos Blade’a niczym natrętna mucha wtargnął do jego głowy i utrudniał skupienie, jednak po chwili synowi Aresa udało się odgonić to uczucie.
- Chris, jesteś pewny, że to coś da?
Znowu. Czy ten chłopak nie potrafił zamknąć się choć na chwilę? Akurat zebrało mu się na pogawędkę, gdy Chris ze wszystkich sił próbował się skupić na swoim zadaniu.
- Nie lepiej byłoby się rozejrzeć dookoła, zamiast tak siedzieć bez celu?
Tego było już za wiele. Starszy heros podniósł się, a całe jego ciało emanowało gniewem. Ze zdeterminowaną miną podszedł do dziecka Hermesa. Ten natomiast, domyślając się, co się szykuje, odruchowo zaczął się cofać. Na własnej skórze poznał już siłę gniewu swojego kolegi i wolał sobie tego nie przypominać. Chris jednak niestrudzenie zbliżał się do niego, jednocześnie na zmianę zaciskając i rozluźniając pięści. Już niemal dopadł chłopaka, gdy dojrzał za jego plecami coś, co kazało mu oderwać się od chęci skarcenia irytującego dzieciaka i przyjrzeć się temu czemuś. W ciągu kilku sekund rozpoznał małego, potwora szpiegującego. Był to stwór, przypominający owada o cienkich skrzydłach i oczach zbudowanych z milionów elementów. I ten właśnie owadopodobny zaczął gwałtownie uciekać w głąb lasu. W tej samej chwili Chris zapomniał o karze, jaką chciał wymierzyć Blade’owi, i bez zastanowienia ruszył w ślad za szpiegiem.
- Postaraj się nie zgubić! – wykrzyknął jeszcze do syna Hermesa, a chwilę później całym sobą oddał się pościgowi.
Ciężko było przedzierać się przez gęste zarośla i splątane korzenie. Przy prędkości, z jaką biegł, każdy upadek mógł przynieść ze sobą straszne konsekwencje. Jednak Chris nie przejmował się taką ewentualnością. Teraz, gdy nadarzyła się sposobność odnalezienia kryjówki wrogiej armii, musiał ją wykorzystać. Choć było to trudne, utrzymywał w zasięgu wzroku małego potwora, któremu z racji rozmiarów z większą łatwością przychodziło poruszanie się po lesie. Lecz syn Aresa się nie poddawał, biegł dalej, choć z zadrapań na rękach i nogach ściekała mu krew. W ubraniu pojawiło się kilka nowych dziur, a we włosach miał pełno liści. Biegł, wkładając w to wszystkie swoje siły, mając nadzieję, że jego płuca to wytrzymają. Biegł tak szybko, że ledwo zauważył, kiedy wyrosła przed nim polana z głęboką na kilka metrów kotliną. Rozejrzał się wokoło i aż zaklął. Po potworze nie było ani śladu. Czyli wracał do punktu wyjścia. W dalszym ciągu nie wiedział, gdzie się kierować, a ponadto znajdował się gdzieś w nieznanym lesie bez żadnej mapy czy choćby kompasu do określenia kierunku.
Jednak chwilę później usłyszał za plecami dziki szelest. A może jednak nie wszystko stracone. Może ten potwór gdzieś się tu czai. Lecz i ta nadzieja szybko prysła, gdy z krzaków wyłonił się Blade. Chłopak ledwie mógł oddychać, od razu upadł na ziemię, desperacko próbując złapać trochę tlenu.
- Całkiem nieźle, młody. Nie wiedziałem, że tak szybko biegasz. – Słowa pochwały nie były bezpodstawne. Młodziak przybiegł zaledwie kilka sekund po Chrisie.
- Starałem się… - Chwila na oddech. – …jak mogłem… - Wdech, wydech. -…żeby cię nie zawieść.
Syn Aresa przyjął jego tłumaczenie ze skinieniem głowy. Może jednak coś dobrego z tego dzieciaka wyrośnie. Jeszcze kilka lat pod okiem starszego kolegi i powstanie kolejny Postrach Potworów. Nie był to jednak czas na snucie marzeń o przyszłości. Należało działać.
Chris przyjrzał się kotlince, która wydawała mu się jakaś nienaturalna. Gdy mocno wytężył wzrok, zauważył zsypujące się w stronę dna grudki ziemi. W jednym miejscu podłoże wyglądało na naruszone tak, jakby ktoś przed chwilą tędy… zjeżdżał?
– Blade, wstawaj! Chyba coś znalazłem.
- Tylko nie mów mi, że kolejnego potwora, którego będziemy ścigać – odpowiedział żałośnie młodszy z herosów.
– Nie, to co innego. Chodź, pokażę ci.
A gdy Blade podszedł do swojego towarzysza, żeby przyjrzeć się temu, co ma do pokazania, ten chwycił go za koszulkę i pchnął prosto do kotliny. Później, nie namyślając się długo, Chris wskoczył w ślad za swoim poprzednikiem. Głośny pisk syna Hermesa mieszał się ze spokojnym milczeniem drugiego z herosów. Aż w końcu, gdy już mieli uderzyć o dno kotliny, poczuli przed sobą dziwną pustkę, która ich pochłonęła.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Chris dnia Wto 15:15, 21 Sty 2014, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Chris
Aresowa skarpeta
Aresowa skarpeta



Dołączył: 01 Kwi 2012
Posty: 14
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Percy

PostWysłany: Nie 13:10, 23 Lut 2014    Temat postu:

Rozdział 6: Nic nie dzieje się przypadkiem.


Wylądował na twardej, marmurowej posadzce. Przewrotem zamortyzował upadek, dzięki czemu uniknął cięższych obrażeń, mimo to od siły uderzenia chwilowo go zamroczyło. Kilka gwiazdek mignęło mu przed oczami, zanim zdążył się otrząsnąć i rozejrzeć po pomieszczeniu. Kątem oka uchwycił postać Blade’a, który powoli i niezdarnie zbierał się z podłogi i chyba, podobnie jak Chris, zdołał wyjść z tej sytuacji bez widocznych uszkodzeń. Całe szczęście, gdyż w przeciwnym wypadku musieliby zmniejszyć tempo marszu, a syna Aresa aż rwało do przodu, by zbadać nowe tereny i odkryć ich tajemnice. Pierwszy rzut oka na freski i ryciny wymalowane na nadgryzionych zębem czasu ścianach obudziły w nim dawno stłumione wspomnienia, które jednak bez powodzenia próbowały przebić się przez twardą skorupę zapomnienia. Być może chłopak przemierzał te tunele, bo tym najwyraźniej było pomieszczenie, kiedy razem z satyrem-opiekunem próbowali przedostać się do Obozu Herosów, by, jeszcze jako żółtodziób, mógł podjąć szkolenie i nauczyć się żyć w nowym świecie, w którym wszystko było inne, niż mu się z początku wydawało. A może tymi korytarzami wędrował w trakcie jednej ze swoich misji, jednak rok krwawej podróży zakrył przed nim zasłoną nie-pamięci te momenty. Niezależnie jednak od źródła tych wspomnień czuł, że powinien iść naprzód. W tej chwili odzywał się jego instynkt, który równie często pomagał mu przetrwać, co zawodził. Lecz tym razem Chris miał przeczucie, że się nie myli. Na końcu tego korytarza, tunelu, labiryntu, czy czymkolwiek to pomieszczenie było, czekał cel jego wyprawy. Po tym, jak odnajdzie wyjście, postawi pierwszy, spory krok w maratonie, jakim było jego zadanie. Dotychczas bowiem błądził, poruszając się z dużą dozą niepewności, nie mając pojęcia, czy się nie zgubił i jego podróż ma jeszcze jakikolwiek sens.
- Co to za miejsce, stary? – odezwał się nagle Blade.
Chris szybko stłumił chęć zbicia chłopaka na krwawą miazgę i zaraz odpowiedział:
– Skąd mogę to wiedzieć? Nie sądzisz chyba, że znam pochodzenie każdej dziury w lesie, która prowadzi to tajemniczego tunelu, hę? Jestem jakimś bogiem czy co, że zadajesz mi takie pytania?
Blade przyjął te słowa ze stoickim spokojem, a na jego twarzy nieustannie tkwił, jakby przyszyty, uśmieszek, mówiący: „Wiem, że cię to wkurza i masz ochotę poćwiartować moje ciało, ale i tak będę zadawał głupie pytania, bo jestem wnierwiającym, małym , którym musisz się opiekować, bo przykleił się do ciebie jak rzep do psiego ogona.”. I cała ta sentencja mieściła się w jednym, niewielkim grymasie na dziecięcej twarzy wnierwiającego, małego . Chris po raz tysięczny od chwili poznania chłopaka zadał sobie w duchu pytanie, dlaczego po prostu go nie zabije. Czuł jednak coś w rodzaju odpowiedzialności za tego dzieciaka. Gdyby tamten się do niego nie przyłączył, pewnie zginąłby gdzieś na pustkowiu rozszarpany przez potwory. I choć syn Aresa osobiście nie bał się śmierci, to zdawał sobie sprawę, że Blade może mieć na ten temat nieco inne zdanie.
- Myślisz, że to przypadek, że się tu znaleźliśmy?
Chris miał już zgromić chłopaka ciętą ripostą albo też cięciem miecza, ale zdał sobie sprawę, że to pytanie, o dziwo! miało jakiś sens. Czy rzeczywiście przypadek sprawił, że natrafili na potwora, który zaczął uciekać przez las i niemal jakby za rączkę poprowadził ich to tajemnego przejścia? Czy może stał za tym ktoś, kto chciał, żeby znaleźli się tam, gdzie teraz stoją? W tym samym momencie na chłopaka spadło olśnienie. Przecież w trakcie tropienia gubił się wielokrotnie i tylko fart sprawiał, że, w ostatniej chwili przed porzuceniem zadania, odnajdywał widoczny ślad, który dalej go prowadził. Dobrze zdawał sobie sprawę, że nie był najlepszym zwiadowcą i nie okłamywał się, twierdząc inaczej. Dlaczego więc z taką dokładnością udało mu się dotrzeć do lasu, w którym natknął się na potwora? A dojrzał go tylko dlatego, że tamten mu na to pozwolił. Wkroczył do akcji, kiedy Chris zupełnie stracił trop i poprowadził go prosto do kotliny, będącej jednocześnie wejściem do tajemniczego tunelu. W tych działaniach nie mogło być przypadku. Ktoś lub coś prowadziło jego i Blade’a za rączki, próbując wciągnąć ich w pułapkę. Ktoś za wszelką cenę chciał, by dwójka herosów trafiła w to miejsce, by móc prowadzić z nimi grę na własnych warunkach.
– Zdecydowanie nie ma mowy o przypadku. Myślę, że ktoś chciał zdobyć nad nami przewagę i przeniósł zabawę na swój teren.
Zaraz po tym, jak skończył mówić, ruszył do przodu z obnażonym mieczem. Dźwięk uderzających o posadzkę butów rozlegał się echem po klaustrofobicznym pomieszczeniu. Sekundę później tę monotonną harmonię dźwięków przerwał piskliwy głosik syna Hermesa.
- Czyli zgadzasz się ze mną w tym, że, idąc dalej, pakujemy się prosto w pułapkę?
– Oczywiście, że tak.
- I nie uważasz może, że rozsądniej byłoby się wycofać albo przynajmniej ułożyć jakiś plan na wypadek, gdybyśmy mieli się rozdzielić?
– Nie potrzebuję planu. Jeśli wydarzy się coś niespodziewanego, będę improwizował. Nie na wszystko można być przygotowanym, a ja nie zamierzam strzępić języka na omawianie strategii, która pewnie i tak weźmie w łeb.
- Ale czy nie byłoby rozsądne mieć choć streszczenie planu? Jego szkic albo zarys? Wystarczy nawet krótka wzmianka – z coraz większym zwątpieniem wyliczał Blade. – No przynajmniej powiedz mi, co robić, kiedy mnie zaatakują.
Ostatnie słowa wypowiedział już tak żałośnie, że Chris nie mógł go dłużej ignorować. Zatrzymał się, spojrzał na chłopaka i wyszeptał:
– Jeśli ktoś cię zaatakuje, a mnie nie będzie w pobliżu, radzę ci od razu zmówić modlitwę i nadziać się na miecz wroga. Wtedy przynajmniej unikniesz tortur i powolnej śmierci. A teraz, zamiast zbędnej paplaniny, skup się i dokładnie obserwuj pomieszczenie. Wszędzie mogą tkwić pułapki, a, rozpraszając mnie, wcale nie zwiększasz swojej szansy na przeżycie.
Po tej krótkiej przemowie Blade natychmiast zamilkł i z uporem zaczął wypatrywać wszelkiego rodzaju przeszkód. Chris oczywiście zdawał sobie sprawę, że ich nie spotkają, w końcu ktoś, kto ich tu zwabił, wolał raczej mieć ich żywych niż martwych, ale tym sposobem choć na moment uciszył młodziaka. W ten sposób w skupieniu ruszyli ramię w ramię, oświetlając sobie drogę latarką, którą syn Aresa wygrzebał z dna swojego plecaka. Prawie rozładowane baterie dawały co prawda przytłumione światło, ale i tak lepsze to niż błądzenie w ciemnościach. Fortuna jednak sprzyjała dwóm, młodym podróżnikom, gdyż po kilkudziesięciu minutach marszu zaczęły pojawiać się wbite w ścianę kołki, na których ktoś umieścił pochodnie. Chris pożyczył sobie jedną z nich i uzbrojony w ten sposób kontynuował wędrówkę. Tak jak przewidział, nie napotkali żadnych pułapek ani potworów poukrywanych w ciemnych zakamarkach tuneli. Tylko kilka nietoperzy niemal przyprawiło Blade’a o zawał serca , lecz oprócz tego niewielkiego i niezbyt groźnego incydentu nie musieli się martwić niczym więcej. Z wyjątkiem tego, co czeka ich przy wyjściu z tych tajemniczych korytarzy. Wbrew temu, co powiedział synowi Hermesa, Chris próbował przewidzieć to, co napotkają na końcu tej drogi. Spodziewał się, że natkną się na kryjówkę tych, którzy ośmielili się wydać wojnę Obozowi Herosów. Tym sposobem razem z Blade’em trafiliby w samo epicentrum, rozszerzającego się buntu. Czy mogło być gorzej? Owszem, Chris był neutralny i nie wspierał w tej wojnie żadnej strony, jednak sam fakt, że przybył na przeszpiegi, raczej nie zjedna mu przychylności przywódców tego obozu. Oczywiście brał też pod uwagę inne możliwości. Niewykluczone, że znalazł tajemne przejście do Tartaru. A może na końcu tego tunelu odkryje mistyczną krainę elfów i krasnoludków, którzy żyją ze sobą w harmonii i pokoju, a pojęcia wojny i śmierci nie istnieją w ich słownikach. Na samą myśl o tak cukierkowym, nudnym i bezkrwawym miejscu Chrisowi zrobiło się niedobrze, więc czym prędzej wyobraził sobie obraz mordowanych potworów, wojennej masakry, rzezi niewiniątek i tym podobnych.
- … więc jak do tego doszło?
Głos Blade’a wyrwał go z zadumy. Przez chwilę nie rozumiał, o co mu chodzi, ale widząc twarz chłopaka, zdał sobie sprawę, że ten mówił do niego od kilku chwil.
- Że co? – odpowiedział elokwentnie.
Niestrudzony dzieciak nie przejął się jednak tym, że jego idol kompletnie go ignorował przez kilkanaście minut, w trakcie których do niego perorował, lecz powtórzył swoje pytanie, odpowiednie je skracając, by znowu nie zanudzić swojego rozmówcy.
- Mówiłem o twojej dziewczynie, Dianie. Jestem ciekaw, jak zginęła, i dlaczego nie zdołałeś jej uratować. W obozie często plotkowano o twoich krwawych dokonaniach, ale insynuacje, że masz serce i kiedyś kogoś kochałeś, raczej szybko były zbywane.
- Może dlatego właśnie opuściłem obóz. Bo nie znalazłem zrozumienia wśród innych obozowiczów – wymruczał pod nosem, niemal niedosłyszalnie dla Blade’a. Ten jednak spijał każde słowo z ust swojego mentora i nie umknęła mu ta uwaga, natomiast, co było dla niego nietypowe, nie skomentował tego żadnym słowem.
- A tak właściwie, to kim ty jesteś, że masz czelność pytać mnie o takie rzeczy. Jakoś nie słyszałem, żeby ostatnio moje sprawy prywatne stały się ogólnodostępną skarbnicą wiedzy. – Nie wypowiedział tych słów tak ostrym tonem, jak zamierzał, gdyż w pewnym sensie Blade poruszył w nim tę strunę, która sprawiała, że nie potrafił się złościć, a jego gniew nagle malał do rozmiarów kropli wody, podczas gdy normalnie można go przyrównać do rwącej rzeki. Tą struną była właśnie Diana, tylko ona była w stanie wywołać na jego twarzy szczery uśmiech. Tylko ona potrafiła zmusić go do tak przyziemnych czynności jak spacery czy rozmowy nad jeziorem w blasku księżyca. Ostatecznie tylko ona dawała mu szansę otworzenia swojej duszy, wylania żali czy wyjawienia marzeń.
- Nie powinieneś tak się przed wszystkimi zamykać. Wiesz, że rozmowa mogłaby ci pomóc? Może nawet porzuciłbyś drogę miecza i powrócił do Obozu. Jestem pewny, że wszyscy przyjęliby cię z otwartymi ramionami. – Słowa Blade’a działały na niego jak wrząca woda. Jak on śmiał się tak do niego zwracać?
– A co ty możesz o tym wiedzieć? Znasz mnie od kilku dni, a już wiesz, co jest dla mnie najlepsze? Lepiej zamknij jadaczkę, zanim znowu stracę cierpliwość. – Krew w nim buzowała. Miał ochotę zgnieść tego dzieciaka, zmiażdżyć jego głowę, poćwiartować kończyny, zawiesić jego korpus tak, by cała krew spłynęła na posadzkę.
- Widzisz? Znowu to robisz! Nie pozwalasz innym zbliżyć się do siebie. I masz rację, nie znam cię wystarczająco dobrze, ale tak jak każdy człowiek masz pewne potrzeby. Nie możesz wiecznie tłumić w sobie prawdy. Pozwól się nią podzielić. – Czy on nie miał dość? Jego słowa doprowadzały Chrisa do granic cierpliwości.
– Ostrzegam cię! Jeszcze jedno słowo, a pożegnasz się z życiem. Rozumiesz?! Nie będziemy więcej rozmawiać o moich uczuciach, jasne? – Oczy miał przekrwione, zaciśnięte w pięści dłonie pobielały, a na czole pojawiły się kropelki potu, w których odbijał się blask pochodni.
- Dlaczego nie pozwalasz sobie pomóc? – wyszeptał jeszcze.
Lecz wtedy dłoń Chrisa momentalnie chwyciła łańcuch przyczepiony do spodni, który sekundę później przemienił się w miecz. Ostrze już dawno nie zakosztowało krwi,więc chłopak zamachnął się, a klinga opadła na ciało młodszego z herosów. W tym samym momencie jednak Chris spojrzał w oczy Blade’a i ujrzał w nich szczerą chęć pomocy. Tym razem nie nabijał się z niego, naprawdę chciał mu pomóc, chciał przyjąć na siebie część brzemienia swojego mentora i odciążyć jego strudzone barki. W tym wzroku zobaczył też samego siebie sprzed kilku lat. Pełnego wigoru i lojalności wobec Chejrona i przyjaciół. Zobaczył w nim kogoś, kto bez wahania poświęciłby się dla swoich bliskich, jeśli tym samym mógłby ich uratować. Chris kiedyś też był to tego zdolny. Czy teraz potrafiłby czegoś takiego dokonać? Czy oddałby swoje życie, żeby umożliwić Blade’owi ucieczkę? Czy poległby na wojnie, gdyby tym samym miał uratować Obóz Herosów od zagłady? Na te pytanie nie znał odpowiedzi. Jednak jego część obawiała się, że te czyny były poza zasięgiem jego możliwości.
Klinga zazgrzytała o posadzkę, gdy wypadła z bezwładnej dłoni Chrisa. Chłopak jeszcze raz spojrzał na Blade’a otępiałym wzrokiem, lecz tym razem dojrzał w twarzy chłopaka tylko nieme przerażenie.
– Nie było mnie przy jej śmierci. Uczestniczyłem wtedy w bezcelowej misji, a w tym samym czasie Rezus atakował Obóz Herosów – przerwał na moment, żeby zebrać myśli, po czym dalej kontynuował: - Zginęło wielu dobrych herosów, którzy być może teraz by żyli, gdybym nie musiał błądzić w poszukiwaniu przedmiotów, nie mających dla nikogo żadnego znaczenia. Rok temu odnalazłem księgę, szatę, lustro, kielich i sztylet. I czy ktokolwiek w tym czasie postanowił ich użyć? Czy ktoś próbował je ukraść? – W jego głosie coraz bardziej słychać było rozgoryczenie. - Zginęła, bo nie było mnie przy niej. Gdybym tylko wcześniej wykonał misję. Gdyby Rezus zaatakował kilka dni później. Może wtedy by żyła.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum PercyJackson.fora.pl Strona Główna -> Fan Fiction Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group

Theme xand created by spleen & Forum.
Regulamin